Poczułam czyjąś dłoń potrząsającą mną lekko. Mruknęłam z niechęcią, próbując odpędzić ją ode mnie i ponownie pogrążyć się w śnie.
- Proszę pani niedługo lądujemy. Proszę się obudzić - usłyszałam głos kobiety - Proszę pani?
- Tak już wstaję, dziękuję - uśmiechnęłam się do niej sztucznie, co szybko odwzajemniła i odeszła budzić resztę pasażerów. Czyli to już?? Po chwili otrząsnęłam się i zaczęłam sprzątać wszelkie plastikowe kubki i papierki od jedzenia. Obok przechodziła inna stewardessa z podręcznym koszem na śmieci, więc wsadziłam tam zbędne rzeczy, po czym spróbowałam dobudzić mojego ojca, który szykował się do ponownego zaśnięcia. Po około minucie w końcu mi się to udało i mogłam tylko w spokoju czekać, aż samolot wyląduję. Myślałam, że teraz nic nie może przeszkodzić nam w przybyciu do tego przeklętego Londynu. Myliłam się.
Wszystko zaczęło się potwornie trząść, a nade mną pojawiła się świecą za ikonka ,,zapiąć pasy''. Popatrzyłam się zdenerwowana w stronę Mike'a. On odwzajemnił moje spojrzenie bezgłośnie mówiąc: ,,Nie martw się''. Tylko jak ja mam się nie martwić? Co się dzieję? Mój brat także wyglądał na zmartwionego, chociaż próbował to ukryć.
- Drodzy pasażerowie w związku z powstałymi turbulencjami proszę o zapięcie pasów i nie otwieranie stolików przed wami - wytłumaczył głos pilota spokojnym tonem. Takim jakby nic się nie działo. Ale nie! Cholera, nie! W każdej chwili możemy umrzeć, spaść, utopić, spalić się. A on mówi do nas jakby nic, a nic się nie działo. Momentalnie zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Jednocześnie miałam wielką ochotę zwymiotować. Spojrzałam w stronę okna, próbując się trochę odstresować. Niestety nie mogłam ujrzeć nic poza gęstymi, szarymi chmurami, które zasłaniały dotychczas niebieskie niebo. W moich oczach mimo mojej woli stanęły łzy. Przeraziłam się. Tym razem popatrzyłam na moje ręce. Niesamowicie trzęsły się i pociły. Pomimo, że nie powinnam odpinać pasów szybko zrobiłam to, i pobiegłam czym prędzej do łazienki pokładowej. Pośpiesznie trzasnęłam drzwiami klęcząc nad toaletą, i próbując ,,wyrzucić'' z siebie całe jedzenie, które jadłam parę godzin temu. Mdliło mnie, a oprócz tego niesamowicie kręciło mi się w głowie. Byłam niemal pewna, że jeżeli się nie uspokoję wyląduję w szpitalu. W końcu, gdy skończyłam tamtą ,,czynność'', usiadłam przed drzwiczkami toalety opierając się o nie plecami. Kręciło mi się w głowie. Poza tym wydaję mi się, że nikt nie zauważył, iż weszłam do łazienki w trakcie, gdy powinnam spokojnie siedzieć na krześle i cierpliwie czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Minutę później samolot niemal przestał się trząść. Przez chwilę poczułam nadzieję. To koniec? A może dopiero początek mojej powolnej śmierci? Właśnie wtedy turbulencję znów nastąpiły, i tym razem ze zdwojoną siłą. Zaczęło rzucać mną po całej łazience. Nie miałam nawet czasu by czegoś się złapać. Byłam kompletnie bezbronna, a mój dalszy los zależał od samego Boga. Uderzyłam głową.
Raz.
Drugi.
Trzeci. Za czwartym razem przed oczami zrobiło mi się ciemno, a ja straciłam władzę nad ciałem upadając z hukiem na podłogę. Miałam mniej więcej świadomość co się dzieję, chociaż przed oczami przelatywały mi czarne mroczki znacznie utrudniając mi widzenie. Do drzwi zaczęła pukać jakaś stewardessa. Najpierw cicho. Nie odezwałam się... Później głośniej. Także się nie odezwałam... Próbując złapać oddech.
- Halo? Jest tam kto? Proszę się odezwać - pociągnęła za klamkę. Gdy tylko wchodziłam do malutkiego pomieszczenia z przyzwyczajenia zamknęłam się tam blokując przejście do mnie. Dlatego wtedy, gdy ledwo zachowywałam świadomość tego co się dzieję, byłam sam na sam z ścianami wokół mnie - Ja nie żartuję! Proszę otworzyć drzwi! Halo!? - krzyczała zdenerwowana stewardessa. Zapadła cisza, a ja już myślałam, iż kobieta zostawiła mnie na pewną śmierć, gdy po raz kolejny usłyszałam czyjeś kroki. Co nie ukrywam było trudne, ponieważ szwargot samolotu zagłuszał wszystko wokół. Ale usłyszałam.
- To te drzwi - Usłyszałam głos stewardessy. Rozległo się mocne głośne, stuknięcie. Kolejne. I kolejne, a ja powoli przestawałam nadążać z tym co się działo. Czułam tylko wielkie przyćmienie mózgowe nie pozwalające mi się ruszyć, ani chociażby czysto myśleć. Byłam w pułapce, którą przyszykował mi mój własny organizm.
Zemdlałam. To było dziwne uczucie. Nie móc nic powiedzieć, ruszyć się czy dać jakiegokolwiek znaku, że nadal żyje. Wcześniej nic takiego mi się nie zdarzało co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło dając kolejny powód do zmartwień. Na moim czole czułam coś mokrego i zimnego. Słyszałam głosy i wiedziałam, że ktoś z kimś zawzięcie dyskutuję, nie rozumiałam z tego, jednak ani jednego słowa. Moja głowa pulsowała przysparzając mi tylko ból, a ja dalej nie nadążałam z tym co działo się wokół mnie.
- Nic jej nie jest prawda? - spytała jakaś kobieta, która siedziała po mojej lewej stronie. Albo prawej? Nie wiem. Wszystko co wtedy wiedziałam, to, to że nic nie wiedziałam. Pokręcone, prawda?
- Nie. Jej stan jest stabilny. Kto wie, może nawet nas słyszy? - powiedziała pogodnym i wesołym tonem inna kobieta. ,,Słyszę''. Chciałam krzyknąć ale zwyczajnie nie miałam na to siły.
Usłyszałam czyjś cichy głos - Skarbie, wstawaj... Musimy już iść, a ty nam nagle mdlejesz - po raz kolejny tego dnia skrzywiłam się. Ojciec. To na pewno on. Wiem, że próbował zabrzmieć, jakby w ogóle się nie przejmował, i dalej był moim wyluzowanym ojcem ale nie wychodziło mu to. Nie miałam pojęcia jak wybudzić się, aby móc z nim porozmawiać. Zaczęłam denerwować się nie potrafiąc ,,wyjść'' ze stanu w jakim właśnie przebywałam. Coś między snem, a jawą. Moje powieki nie wiadomo dlaczego jakby przykleiły się do siebie stając się niesamowicie ciężkie, co wcale nie pomagało mi w odzyskaniu przytomności.
- Dziewczynko! Słyszysz nas? - usłyszałam głos mężczyzny, którego nie znam. Mówił do mnie jakby był medium, a ja co najmniej duchem. Mruknęłam na tyle głośno ile mogłam próbując dać dla nich wszystkich znak, że jednak jeszcze żyję i nie muszą rozmawiać ze mną jakbym była nieżywa. Co swoją drogą było dość dziwne. Mruknęłam jeszcze głośniej aby ktoś zwrócił na mnie wreszcie swoją uwagę.
- Słyszy - odezwała się jeszcze inna kobieta. Nie nadążałam już kto jest kim. Nie jestem pewna ile dokładnie zajęły mi próby odzyskania przytomności, ale około 5 minut później zaczęłam otwierać lekko swoje powieki. Jęknęłam, gdy moje oczy spotkało za jasne jak dla mnie światło. Następnie spojrzałam na swoją rękę, którą trzymała moja matka z miną jakbym była co najmniej zjawą.
- Angela! - wrzasnął mój brat odrywając się od komórki i opiekuńczo tuląc do siebie. Nawet nie wiem dlaczego ale z moich oczu poleciało kilka łez - Bałem się już, że się nie obudzisz - z jego mimiki wywnioskowałam, iż się martwił.
- Co się stało? - spytałam nieśmiało. Jedyne co wtedy wiedziałam, to, to, iż lecieliśmy samolotem, i to, że w trakcje zemdlałam.
- W trakcje turbulencji wstałaś i pobiegłaś do łazienki zamykając się w niej - wtedy jakby mnie olśniło. Przypomniałam sobie strach, który czułam i zorientowałam się, że samolot się już nie trzęsie. Myślę, że nawet może znajdować się już na powierzchni ziemi.
- Angelino - zwróciła się do mnie jakaś kobieta, której nie znałam - Musisz teraz dużo pić, aby zregenerować siły, i najlepiej by było, gdyby ktoś poniósł przez jakiś czas twoją walizkę - z tego o czym do mnie mówiła wywnioskowałam, że była lekarzem. Pośpiesznie chcąc przestać zwracać na siebie takiej uwagi wstałam chcąc odejść stamtąd jak najdalej. Niestety zakręciło mi się w głowie i po raz kolejny spadłam na podłogę lekko się przy tym obijając.
- Auć - jęknęłam dłonią pocierając swoje plecy. Natychmiast podbiegł do mnie Mike podnosząc mnie, i trzymając mocno przy sobie. Może jest najbardziej wkurzającą osobą na świecie ale mimo to, i tak go kocham.
- Skoro już wstałaś możemy iść. Zbieraj się - odparła moja matka nawet na mnie nie patrząc - Tam jest twoja walizka - palcem wskazała na przedmiot. Przyjrzałam się jej uważnie. Wyglądała jakby w ogóle nie obchodziło ją to, że chwilę wcześniej zemdlałam. Ona zwyczajnie kazała mi wziąć swoje rzeczy i podążyć za nią. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej, chciała jak najszybciej stąd odejść, tak jakby się gdzieś okropnie spieszyła. Powoli podchodziłam już do bagażu, gdy wyprzedził mnie mój ojciec zabierając go zręcznie, jednocześnie wysyłając mi groźne spojrzenie, które oznaczać miało, iż mam jej nie dotykać. Ja tylko podążyłam za nim musząc znosić spojrzenie mojej rodzicielki, które uświadamiało mi, że jestem dla niej piątym kołem u wozu. Z czasem się do tego przyzwyczaiła. Te ciągłe zawiedzenie się mną. W końcu przestałam zwyczajnie zwracać na to uwagę. Spuściłam głowę podążając za całą moją rodziną. Wszyscy milczeli za pewne nie chcąc denerwować mojej matki.
Wraz z rodziną szłam przez zatłoczone lotnisko. Moje uszy zaatakował brytyjski akcent jaki znajdował się u prawie wszystkich ludzi w budynku. Nie bolała mnie głowa i czułam się o wiele lepiej, jednak nie zmieniało to tego, że od tych wszystkich głosów naraz można było zwariować. Najgłośniej słychać było, jednak szuranie kółek od walizek. Walizek, które znajdywały się wszędzie wokół. Z lewej, z prawej, z przodu, z tyłu. Ogłaszam to nowym najbardziej irytującym dźwiękiem wszechczasów, amen. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, aż natrafiliśmy na kontrolę paszportów. Tam nie było żadnych problemów. Odebraliśmy jeszcze resztę naszych bagaży, po czym skierowaliśmy się jak najszybciej w stronę drzwi wyjściowych.
Chmury. Wszędzie chmury. Gęste. Czarne, bądź szare. Do tego padał deszcz. Pogoda do kitu, nie będę kłamać. Ale właśnie tego się spodziewałam. Obok nas stał wielki bilbord z napisem: ,,Witamy w Londynie''. Na lotniskowym parkingu znajdowało się wiele różnorodnych pojazdów. Nagle przypomniałam sobie, że przecież samochody moich rodziców zostały w USA, i zapewne nie mamy czym przejechać się do naszego nowego domu.
- Mamo? - odważyłam się odezwać - Tak właściwie czym my będziemy jechać? Przecież auta zostawiliśmy w Ameryce - przypomniałam.
- Co za problem do kogoś zadzwonić i to załatwić? Twoja ciotka będzie czekała gdzieś... - na chwile się zamyśliła - Tam! - niemal wykrzyczała. Minutę później siedzieliśmy już w wielkim samochodzie, wraz z moją ciotką, której nie miałam czasu nawet poznać. Muszę przestać dawać sobie wreszcie tą fałszywą nadzieję, iż wrócimy do mojego ukochanego Nowego Yorku. To koniec. Jestem w Londynie i tu właśnie będę mieszkać przez dłuższy czas, i nawet jeśli chcę to zmienić nie mam wyboru. Muszę się przyzwyczaić. Westchnęłam patrząc się ze smutkiem przez okno i wycierając kolejne tego dnia łzy.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
UWAGA, JEŻELI WIDZISZ JAKIŚ BŁĄD NAPISZ DO MNIE W WIADOMOŚCIACH PRYWATNYCH, BĄDŹ KOMENTARZU!
Witam wszystkich śledzących losy Angeliny, a także tych, których dopiero tu przywiało. Ale wracając... Dziękuję za KAŻDY ale to KAŻDY komentarz. Każdą gwiazdkę, i każde polecenie mojego opowiadania. Wiem, że nie jestem idealna i na pewno idealne nie jest te opowiadanie ale i tak to bardzo miło, iż ktokolwiek czyta to co tutaj publikuję. Ale dobrze, ja kończę. Mam nadzieję, iż nie zawiedliście się na drugim już rozdziale Forever. ;)
- A
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz