czwartek, 28 kwietnia 2016

Rozdział 3 - ,,Żywy ogród w martwym domu''

- A co słuchać u Jamesa? - spytał mój ojciec, uśmiechając się sztucznie. Tak naprawdę od dwóch lat nie rozmawiał ze swoim bratem i nie obchodził go już tak jak wcześniej, więc dlaczego się o to pyta? Nie rozumiem.

- Wszystko u niego dobrze. Niedługo będzie żenił się z Delilah - moja ciotka odwzajemniła uśmiech, po czym kontynuowała - Nigdy w życiu nie widziałam go tak szczęśliwego! - zachichotała, wyrzucając ręce w powietrze - Kto by pomyślał, że kolejny mój braciszek będzie się żenić! Pamiętam jeszcze twój ślub z Chanel. Wyglądaliście na tak samo szczęśliwych

Może mi się to wydawało, ale ojciec zrobił się nagle smutny. Tak jakby wspominanie tego dnia teraz było dla niego czymś przygnębiającym.

- Wspaniale - wymamrotał, sięgając po swoją komórkę, tak jakby właśnie dostał jakąś niesamowicie ważną wiadomość, choć tak naprawdę wszedł tylko na jakąś bezsensowną stronę internetową. Zachowywał się naprawdę dziwnie, ale nie chciałam wnikać dlaczego, bo wiem, że do niczego by to doprowadziło.

Sztuczność. Czy mówiłam, jak bardzo jej nienawidzę? Bo kiedy w tych czasach człowiek mówi, lub robi to co naprawdę chcę? Mały wymuszony uśmiech, udawany zachwyt z prezentu, pocieszanie kogoś nawet jeżeli tak naprawdę nie obchodzą nas sprawy tej drugiej osoby. Nie żeby sama tego nie robiła. Bo robię, ale  czy to nie wydaję się dziwne? To jak bardzo wszyscy próbują upodobnić się do osób, jakimi nie są.

Ekran mojej komórki się rozświetlił, a ja zauważyłam, że dostałam wiadomość. Okazało się, że pochodziła ona od mojej kuzynki, którą z resztą widziałam dwa razy w życiu.

,, Angelica! Wszyscy na was czekamy :* Nie mogę się doczekać'' - szkoda, że ja nie mam nastawienia podobnego do niej.

- Ale czy mogę w ogóle się cieszyć? - pomyślałam.

 Układało mi się w miarę dobrze. Nie wyróżniałam się z tłumu, ludzie znali mnie tylko z widzenia i nie przeszkadzało mi to. Problem w tym, że moi rodzice dostali jedną głupią propozycję pracy w innym kraju, a już kazali mi i mojemu bratu kompletnie olać nasze wcześniejsze życie. To było niesprawiedliwe, naprawdę niesprawiedliwe. Dlaczego nie mogliśmy tam zostać? Sami. Bez żadnych ludzi ciągle dyrygującymi nami i krytykującymi.

Do naszego nowego miejsca zamieszkania dojechaliśmy piętnaście minut później. Otworzyliśmy bagażnik, zabraliśmy walizki i inne pudła, po czym skierowaliśmy się ku domu. Ciotka rozmawiała z moim bratem, który dostał powoli nerwicy z powodu jej ciągle powtarzających się pytań. Moi rodzice rozmawiali przez telefon, a zwyczajnie tak jak przez wcześniejsze godziny, słuchałam mojej ulubionej *playlisty piosenek.

Dom sprawiał wrażenie ogromnego, a jego ściany były białe. Ramy okien pomalowane na ciemnobrązowy podobnie jak drzwi i dach. Weszliśmy do środka. Wystrój domu był elegancki, schludny. Przystrojony w stylu moich rodziców. Jednak w tamtym domu nie było tylu roślin. Zdjęliśmy buty i skierowaliśmy się do kuchni. Nie będę powtarzać, w jakim to eleganckim stylu była przystrojona, bo to było chyba oczywiste. Nowoczesna lodówka, ale zwyczajne już ciemne, pojemne szafki z kolejnym tysiącem kwiatów. Czy w każdym domu Anglików tak jest? Czy to tylko u nas dom wygląda bardziej jak ogród? Na środku pomieszczenia stał szklany duży stół zapewne do naszych ,,wspólnych posiłków'', na których i tak nikt się nie pojawia. Gabinetu rodziców nie zwiedzaliśmy, ogrodu także nie, zajrzeliśmy jeszcze szybko do łazienek ustalając, która jest kogo, po czym każdy poszedł w swoją stronę. Sam wystrój w miarę mi się podobał, ale co z tego, jeżeli ten dom nie ma w ogóle wspomnień. Wydaję się martwy, nudny, bez wspomnień, bez charakteru, i za taki właśnie go uważałam. Chwilę błądziłam między korytarzami, aż zauważyłam duży napis: ,,Angelica''. Otworzyłam buzie ze zdziwienia. Przecież to jest różowe! Błagałam, aby mój pokój nie był w podobnej kolorystyce. W końcu wzięłam się za siebie i weszłam do środka. Kolorem ścian był bardzo jasny pudrowo różowy, meble białe. Nie było tak źle. Przynajmniej nie znalazłam tam żadnych lalek, prawda? Podeszłam do okna i chociaż jest to może dziwne, spojrzałam na firanki. Białe, ledwo przezroczyste z kryształkami u dołu. W pokoju znajdowała się jeszcze toaletka, biurko, miękka pufa, szafy no i oczywiście pudła, które zapewne przywędrowały tu już wcześniej... Wymieniać mogłabym wieczność.

W pokoju rozbrzmiał dźwięk powiadomienia o **sms'ie. Myślałam, że to kolejna wiadomość od Ambrell - mojej kuzynki, jednak tekst był od mojego brata. Czy on naprawdę jest tak bardzo leniwy, że nie może przyjść do mojego pokoju i zwyczajnie porozmawiać ze mną?

,,Angelica! Mama powiedziała, że jutro idziemy do naszej rodziny z Londynu'' - odczytałam wiadomość. Szybko wystukałam odpowiedź.

,,O której?''

,,Nie wiem'' - nie odpisałam. Byłam niesamowicie zmęczona, jednak nie miałam pojęcia, o której wyjdziemy jutro do naszej ,,rodziny'', a chciałam być już przecież rozpakowana. Zaczęłam od kosmetyków. Nie zajęło mi to dużo czasu. Następne były zeszyty i książki do nauki, choć zapewne dostanę kolejne w mojej nowej szkole i tak wzięłam je ze sobą. Następne książki, tym razem nie do uczenia się, a zwyczajnego czytania. Skończyłam. Kolejną rzeczą, jaką musiałam zrobić było posegregowanie ciuchów. Musiałam je jeszcze oprócz tego wsadzić do szafy. W końcu po czterech godzinach pracy, niemal zasypiałam na podłodze. Biorąc to za znak postanowiłam, więc zostawić segregowanie na jutro. Zostało mi jeszcze tylko trochę, a wiedziałam, że więcej nie wytrzymam. Z jednej sterty ciuchów zabrałam piżamę, idąc w stronę wyznaczonej dla mnie łazienki. Chyba nie muszę opisywać co tam robiłam, bo to oczywiste.

Wskoczyłam do łóżka, dziwnie się w nim czując. Takie nowe, nieużywane i świeże. Gdyby nie to jak bardzo wycieńczona byłam, pewnie bym nie usnęła. Jednak teraz zwyczajnie marzyłam, by znaleźć się w stanie błogiego snu i nie obchodziło mnie, czy jestem na podłodze, czy łóżku.

Następnego dnia wstałam o dziewiątej. Było to o wiele później niż zwykle z powodu braku budzika, który chcąc, nie chcą został w Ameryce. Jednak wtedy nie miało to znaczenia. Bo, hej! Póki co były wakacje. Nie mam lekcji. Uszykowałam się biorąc kąpiel, malując się i myjąc zęby. Ubrałam się w jakąś czarną sukienkę, a włosy ułożyłam w niechlujny kok. Byłam gotowa na kolejny dzień.

- Mamo? Właściwie to kiedy pojedziemy do naszej rodziny? - spytałam się mojej rodzicielki zmuszając się, by nie powiedzieć ,,rodzina'' sarkastycznie. Bo co to za rodzina, którą widziało się trzy razy w życiu i to do tego, wtedy gdy było się jeszcze dzieckiem, przez co nic się nie pamięta.

- Za godzinę. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza - pokręciłam głową.

- To dobrze, bo w tej sprawie nie masz nic do powiedzenia - ścisnęłam pięści słysząc słowa mojej matki. Nie odpowiedziałam. To nie miało sensu i tak wyszłoby, że to ja jestem ,,tą złą''. Ta godzina minęła niesamowicie szybko. Oczywiście matka uważała, że powinnam nałożyć bardziej elegancką sukienkę, ale po krótkiej sprzeczce wyszło na moją korzyść, bo nie musiałam się przebierać. Do tego dowiedziałam się, że dom, do jakiego mieliśmy iść stał parę ulic stąd. Szliśmy tam koło pięciu minut. Wreszcie stanęliśmy przed wielkimi drzwiami mojej ,,rodziny''.

- Angelica! Michael! - krzyknęła jakaś kobieta, której w ogóle nie kojarzyłam. Po chwili podbiegła do nas i przytuliła, najpierw mnie, potem Mike'a. Coraz więcej ludzie się zbierało. Widziałam już moją ciotkę, wujka i parę ludzi, których nie znałam. To było dziwne. Jakby wszyscy mnie znali, tylko ja nie kojarzyłam ich.

- Channel! - przekrzyknęła wszystkich starsza kobieta wyglądająca na sześćdziesięciolatkę - Moje dziecko - wtuliła się w moją matkę cicho szlochając. Nagle oderwała się i popatrzyła na mnie. Mogłam jej się w spokoju przyjrzeć. Obie kobiety - moja mama i ta staruszka były do siebie bardzo podobne. Tak samo niebieskie oczy, włosy tego samego koloru, a nawet podobny nos. Uznałam, więc, że jest to moja babcia co dużo by wyjaśniało.

- Angelica? - spytała niepewnie przesuwając się w moją stronę. Pokiwałam twierdząco głową nie wiedząc co innego mogę zrobić. Moja babka wtuliła się we mnie mocno, a ja niezręcznie odwzajemniłam uścisk.

- Dziecko drogie w życiu bym cię nie poznała - wyznała, a potem zwróciła się do mojej rodzicielki -  Ty i Angelica jesteście takie podobne - mówiąc to uśmiechała się szeroko - Jak bliźniaczki! - zaśmiała się głośno. Rozejrzałam się wokół salonu, w którym aktualnie staliśmy. Wzrok wszystkich skierowany był w naszą stronę, przez co ze skrępowania zarumieniłam się. Nienawidziłam, gdy ktoś zwracał na mnie jakąś większą uwagę, wolałam być niewidzialna, a w tej chwili patrzyło się na mnie do najmniej dziesięć osób. O dziesięć za dużo.

- Mamo - jęknęła młoda kobieta jaką była moja mama - Daj spokój...

- No, a teraz tłumacz się. Dlaczego nas nie odwiedzałaś? Masz dwójkę wspaniałych dzieci i nie przywoziłaś ich tu prawie nigdy

- Dobrze wiesz jak żyjemy. W tej chwili... - zaczęła, lecz moja babka jej przerwała:

- Ciężko pracujecie na to by móc żyć tak jak żyjecie- dokończyła lekko zawiedziona.

Zaczynałam wariować. Każdy chciał porozmawiać ze mną i Mike'iem, chociaż chwilkę, a ja nie wiedziałam do kogo mówić.

- Ambrell - ciotka zwróciła się do mojej kuzynki widząc, że byłam skrępowana tą sytuacją  - Pokaż Angelice swój pokój

- Jasne... - mruknęła nastolatka niechętnie odrywając swój wzrok od komórki - A! Tak! - krzyknęła już z większym entuzjazmem. Po chwili dosłownie pociągnęła mnie w głąb swojego domu . Mówiąc z prędkością światła i opowiadając o wszystkim od ścian do chłopaków.

- Angelica uwierz mi tutaj nie da się nudzić - odrzekła Ambrell, gdy znaleźliśmy się już w jej pokoju - Chłopaki, imprezy, alkohol, narkotyki - nie mogłam nic poradzić, że skrzywiłam się, gdy Am to wypowiadała - To naprawdę fajna zabawa - mrugnęła do mnie.

- Ambrell, słuchaj naprawdę nie chcę cię zranić, ale nie sądzę bym pasowała do takich przyjęć - mruknęłam rozglądając się wszędzie wokół, aby tylko nie spojrzeć na dziewczynę, która gdyby tylko mogła zabiłaby mnie swoim wzrokiem. Jednak w końcu spojrzałam w jej stronę, a jej uśmiech wybladł.

- Jak to? - pisnęła cieniutkim i oburzonym głosem. Zapewne nie spodziewała się odmowy. - Angie nie wymiękaj - jęknęła - Na początku miałam do tego identyczne nastawienie. Uwierz mi to z czasem przejdzie, więc nie udawaj jakiejś cnotki - wydęła usta - Tylko zwyczajnie wyluzuj  i korzystaj z chwili

 Na początku nie wiedziałam co powiedzieć. Ambrell była ode mnie lekko młodsza. Tak właściwie wyobrażałam ją sobie dalej z kucykami na głowie i inne dziecięcymi dodatki. Ale ona była inna.

- Nie Am, to nie ma sensu. Nie pasuję do takich wydarzeń. Ja... - próbowałam wytłumaczyć jej, że nie chciałam tam pójść. Blondynka niegrzecznie mi przerwała:

- Pasujesz! - niemal wykrzyczała - To już postanowione musimy jakoś uczcić twoje przybycie do Londynu - powiedziała - To zgadzasz się? - na chwilę otworzyłam usta by coś powiedzieć, ale zdawałam sobie sprawę, że to i tak do niczego nie doprowadzi. Może piętnastolatka zapomni?

- Wspaniale - uśmiechnęła się ukazując rząd równych, białych zębów - Skoro tak jutro napiszę do ciebie z dokładną datą i miejscem twojego party - ucieszyła się dziewczyna - A teraz muszę pokazać ci pewne miejsce - złapała mnie za rękę i wyprowadziła z jej domu.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dobra przyznaję się mnie osobiście rozdział się tak mocno nie podoba. Nie był zmuszany, ani nic, ale nie działo się w nim tyle ile chciałam by się działo, a przecież nie będę pisać nie wiadomo jak długiego rozdziału. Poza tym mam pytanie: Macie pomysł jakie może być zdrobnienie od imienia Ambrell? Ja osobiście mam już jeden pomysł.

* playlista - nie tłumaczyłam tego dosłownie bo myślę, że każdy zrozumie o co chodzi. Poza tym po polsku nie brzmi to już tak fajnie.

** sms'ie - nie byłam pewna, czy to słowo się odmienia, więc z góry przepraszam jeśli to błąd.

- A




niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział 2 - ,,Witamy w Londynie''

Poczułam czyjąś dłoń potrząsającą mną lekko. Mruknęłam z niechęcią,  próbując odpędzić ją ode mnie i ponownie pogrążyć się w śnie.

- Proszę pani niedługo lądujemy. Proszę się obudzić - usłyszałam głos kobiety - Proszę pani?

- Tak już wstaję, dziękuję - uśmiechnęłam się do niej sztucznie, co  szybko odwzajemniła i odeszła budzić resztę pasażerów.  Czyli to już?? Po chwili otrząsnęłam się i zaczęłam sprzątać wszelkie plastikowe kubki i papierki od jedzenia. Obok przechodziła inna stewardessa z podręcznym koszem na śmieci, więc wsadziłam tam zbędne rzeczy, po czym spróbowałam dobudzić mojego ojca, który szykował się do ponownego zaśnięcia. Po około minucie w końcu mi się to udało i mogłam tylko w spokoju czekać, aż samolot wyląduję. Myślałam, że teraz nic nie może przeszkodzić nam w przybyciu do tego przeklętego Londynu. Myliłam się.

Wszystko zaczęło się potwornie trząść, a nade mną pojawiła się świecą za ikonka ,,zapiąć pasy''. Popatrzyłam się zdenerwowana w stronę Mike'a. On odwzajemnił moje spojrzenie bezgłośnie mówiąc: ,,Nie martw się''. Tylko jak ja mam się nie martwić? Co się dzieję? Mój brat także wyglądał na zmartwionego, chociaż próbował to ukryć.

- Drodzy pasażerowie w związku z powstałymi turbulencjami proszę o zapięcie pasów i nie otwieranie stolików przed wami - wytłumaczył głos pilota spokojnym tonem. Takim jakby nic się nie działo. Ale nie! Cholera, nie! W każdej chwili możemy umrzeć, spaść, utopić, spalić się. A on mówi do nas jakby nic, a nic się nie działo. Momentalnie zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Jednocześnie miałam wielką ochotę zwymiotować. Spojrzałam w stronę okna, próbując się trochę odstresować. Niestety nie mogłam ujrzeć nic poza gęstymi, szarymi chmurami, które zasłaniały dotychczas niebieskie niebo. W moich oczach mimo mojej woli stanęły łzy. Przeraziłam się. Tym razem popatrzyłam na moje ręce. Niesamowicie trzęsły się i pociły. Pomimo, że nie powinnam odpinać pasów szybko zrobiłam to, i pobiegłam czym prędzej do łazienki pokładowej. Pośpiesznie trzasnęłam drzwiami klęcząc nad toaletą, i próbując ,,wyrzucić'' z siebie całe jedzenie, które jadłam parę godzin temu. Mdliło mnie, a oprócz tego niesamowicie kręciło mi się w głowie. Byłam niemal pewna, że jeżeli się nie uspokoję wyląduję w szpitalu. W końcu, gdy skończyłam tamtą ,,czynność'', usiadłam przed drzwiczkami toalety opierając się o nie plecami. Kręciło mi się w głowie. Poza tym wydaję mi się, że nikt nie zauważył, iż weszłam do łazienki w trakcie, gdy powinnam spokojnie siedzieć na krześle i cierpliwie czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Minutę później samolot  niemal przestał się trząść. Przez chwilę poczułam nadzieję. To koniec? A może dopiero początek mojej powolnej śmierci? Właśnie wtedy turbulencję znów nastąpiły, i tym razem ze zdwojoną siłą. Zaczęło rzucać mną po całej łazience. Nie miałam nawet czasu by czegoś się złapać. Byłam kompletnie bezbronna, a mój dalszy los zależał od samego Boga. Uderzyłam głową.
Raz.
Drugi.
Trzeci.                                                                                                                                                                                                   Za czwartym razem przed oczami zrobiło mi się ciemno, a ja straciłam władzę nad ciałem upadając z hukiem na podłogę. Miałam mniej więcej świadomość co się dzieję, chociaż przed oczami przelatywały mi czarne mroczki znacznie utrudniając mi widzenie. Do drzwi zaczęła pukać jakaś stewardessa. Najpierw cicho. Nie odezwałam się... Później głośniej. Także się nie odezwałam... Próbując złapać oddech.

- Halo? Jest tam kto? Proszę się odezwać - pociągnęła za klamkę. Gdy tylko wchodziłam do malutkiego pomieszczenia z przyzwyczajenia zamknęłam się tam blokując przejście do mnie. Dlatego wtedy, gdy ledwo zachowywałam świadomość tego co się dzieję, byłam sam na sam z ścianami wokół mnie - Ja nie żartuję! Proszę otworzyć drzwi! Halo!? - krzyczała zdenerwowana stewardessa. Zapadła cisza, a ja już myślałam, iż kobieta zostawiła mnie na pewną śmierć, gdy po raz kolejny usłyszałam czyjeś kroki. Co nie ukrywam było trudne, ponieważ szwargot samolotu zagłuszał wszystko wokół. Ale usłyszałam.
- To te drzwi - Usłyszałam głos stewardessy. Rozległo się mocne głośne, stuknięcie. Kolejne. I kolejne, a ja powoli przestawałam nadążać z tym co się działo. Czułam tylko wielkie przyćmienie mózgowe nie pozwalające mi się ruszyć, ani chociażby czysto myśleć. Byłam w pułapce, którą przyszykował mi mój własny organizm.


 Zemdlałam. To było dziwne uczucie. Nie móc nic powiedzieć, ruszyć się czy dać jakiegokolwiek znaku, że nadal żyje. Wcześniej nic takiego mi się nie zdarzało co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło dając kolejny powód do zmartwień. Na moim czole czułam coś mokrego i zimnego. Słyszałam głosy i wiedziałam, że ktoś z kimś zawzięcie dyskutuję, nie rozumiałam z tego, jednak ani jednego słowa. Moja głowa pulsowała przysparzając mi tylko ból, a ja dalej nie nadążałam z tym co działo się wokół mnie.
- Nic jej nie jest prawda? - spytała jakaś kobieta, która siedziała po mojej lewej stronie. Albo prawej? Nie wiem. Wszystko co wtedy wiedziałam, to, to że nic nie wiedziałam. Pokręcone, prawda?

- Nie. Jej stan jest stabilny. Kto wie, może nawet nas słyszy? - powiedziała pogodnym i wesołym tonem inna kobieta. ,,Słyszę''. Chciałam krzyknąć ale zwyczajnie nie miałam na to siły.

Usłyszałam czyjś cichy głos - Skarbie, wstawaj... Musimy już iść, a ty nam nagle mdlejesz - po raz kolejny tego dnia skrzywiłam się. Ojciec. To na pewno on. Wiem, że próbował zabrzmieć, jakby w ogóle się nie przejmował, i dalej był moim wyluzowanym ojcem ale nie wychodziło mu to. Nie miałam pojęcia jak wybudzić się, aby móc z nim porozmawiać. Zaczęłam denerwować się nie potrafiąc ,,wyjść'' ze stanu w jakim właśnie przebywałam. Coś między snem, a jawą. Moje powieki nie wiadomo dlaczego jakby przykleiły się do siebie stając się niesamowicie ciężkie, co wcale nie pomagało mi w odzyskaniu przytomności.

- Dziewczynko! Słyszysz nas? - usłyszałam głos mężczyzny, którego nie znam. Mówił do mnie jakby był medium, a ja co najmniej duchem. Mruknęłam na tyle głośno ile mogłam próbując dać dla nich wszystkich znak, że jednak jeszcze żyję i nie muszą rozmawiać ze mną jakbym była nieżywa. Co swoją drogą było dość dziwne. Mruknęłam jeszcze głośniej aby ktoś zwrócił na mnie wreszcie swoją uwagę. 

- Słyszy - odezwała się jeszcze inna kobieta. Nie nadążałam już kto jest kim. Nie jestem pewna ile dokładnie zajęły mi próby odzyskania przytomności, ale około 5 minut później zaczęłam otwierać lekko swoje powieki. Jęknęłam, gdy moje oczy spotkało za jasne jak dla mnie światło. Następnie spojrzałam na swoją rękę, którą trzymała moja matka z miną jakbym była co najmniej zjawą. 

- Angela! - wrzasnął mój brat odrywając się od komórki i opiekuńczo tuląc do siebie. Nawet nie wiem dlaczego ale z moich oczu poleciało kilka łez - Bałem się już, że się nie obudzisz - z jego mimiki wywnioskowałam, iż się martwił.

- Co się stało? - spytałam nieśmiało. Jedyne co wtedy wiedziałam, to, to, iż lecieliśmy samolotem, i to, że w trakcje zemdlałam. 

- W trakcje turbulencji wstałaś i pobiegłaś do łazienki zamykając się w niej - wtedy jakby mnie olśniło. Przypomniałam sobie strach, który czułam i zorientowałam się, że samolot się już nie trzęsie. Myślę, że nawet może znajdować się już na powierzchni ziemi.

- Angelino - zwróciła się do mnie jakaś kobieta, której nie znałam - Musisz teraz dużo pić, aby zregenerować siły, i najlepiej by było, gdyby ktoś poniósł przez jakiś czas twoją walizkę - z tego o czym do mnie mówiła wywnioskowałam, że była lekarzem. Pośpiesznie chcąc przestać zwracać na siebie takiej uwagi wstałam chcąc odejść stamtąd jak najdalej. Niestety zakręciło mi się w głowie i po raz kolejny spadłam na podłogę lekko się przy tym obijając. 

- Auć - jęknęłam dłonią pocierając swoje plecy. Natychmiast podbiegł do mnie Mike podnosząc mnie, i trzymając mocno przy sobie. Może jest najbardziej wkurzającą osobą na świecie ale mimo to, i tak go kocham.  

- Skoro już wstałaś możemy iść. Zbieraj się - odparła moja matka nawet na mnie nie patrząc - Tam jest twoja walizka - palcem wskazała na przedmiot. Przyjrzałam się jej uważnie. Wyglądała jakby w ogóle nie obchodziło ją to, że chwilę wcześniej zemdlałam. Ona zwyczajnie kazała mi wziąć swoje rzeczy i podążyć za nią. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej, chciała jak najszybciej stąd odejść, tak jakby się gdzieś okropnie spieszyła. Powoli podchodziłam już do bagażu, gdy wyprzedził mnie mój ojciec zabierając go zręcznie, jednocześnie wysyłając mi groźne spojrzenie, które oznaczać miało, iż mam jej nie dotykać. Ja tylko podążyłam za nim musząc znosić spojrzenie mojej rodzicielki, które uświadamiało mi, że jestem dla niej piątym kołem u wozu. Z czasem się do tego przyzwyczaiła. Te ciągłe zawiedzenie się mną. W końcu przestałam zwyczajnie zwracać na to uwagę. Spuściłam głowę podążając za całą moją rodziną. Wszyscy milczeli za pewne nie chcąc denerwować mojej matki.

Wraz z rodziną szłam przez zatłoczone lotnisko. Moje uszy zaatakował brytyjski akcent jaki znajdował się u prawie wszystkich ludzi w budynku. Nie bolała mnie głowa i czułam się o wiele lepiej, jednak nie zmieniało to tego, że od tych wszystkich głosów naraz można było zwariować. Najgłośniej słychać było, jednak szuranie kółek od walizek. Walizek, które znajdywały się wszędzie wokół. Z lewej,  z prawej, z przodu, z tyłu. Ogłaszam to nowym najbardziej irytującym dźwiękiem wszechczasów, amen. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, aż natrafiliśmy na kontrolę paszportów. Tam nie było żadnych problemów. Odebraliśmy jeszcze resztę naszych bagaży, po czym skierowaliśmy się jak najszybciej w stronę drzwi wyjściowych.

Chmury. Wszędzie chmury. Gęste. Czarne, bądź szare. Do tego padał deszcz. Pogoda do kitu, nie będę kłamać. Ale właśnie tego się spodziewałam. Obok nas stał wielki bilbord z napisem: ,,Witamy w Londynie''. Na lotniskowym parkingu znajdowało się wiele różnorodnych pojazdów. Nagle przypomniałam sobie, że przecież samochody moich rodziców zostały w USA, i zapewne nie mamy czym przejechać się do naszego nowego domu.

- Mamo? - odważyłam się odezwać - Tak właściwie czym my będziemy jechać? Przecież auta zostawiliśmy w Ameryce - przypomniałam.

- Co za problem do kogoś zadzwonić i to załatwić? Twoja ciotka będzie czekała gdzieś... - na chwile się zamyśliła - Tam! - niemal wykrzyczała. Minutę później siedzieliśmy już w wielkim samochodzie, wraz z moją ciotką, której nie miałam czasu nawet poznać. Muszę przestać dawać sobie wreszcie tą fałszywą nadzieję, iż wrócimy do mojego ukochanego Nowego Yorku.  To koniec. Jestem w Londynie i tu właśnie będę mieszkać przez dłuższy czas, i nawet jeśli chcę to zmienić nie mam wyboru. Muszę się przyzwyczaić. Westchnęłam patrząc się ze smutkiem przez okno i wycierając kolejne tego dnia łzy.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 UWAGA, JEŻELI WIDZISZ JAKIŚ BŁĄD NAPISZ DO MNIE W WIADOMOŚCIACH PRYWATNYCH, BĄDŹ KOMENTARZU!

 Witam wszystkich śledzących losy Angeliny, a także tych, których dopiero tu przywiało. Ale wracając... Dziękuję za KAŻDY ale to KAŻDY komentarz. Każdą gwiazdkę, i każde polecenie mojego opowiadania. Wiem, że nie jestem idealna i na pewno idealne nie jest te opowiadanie ale i tak to bardzo miło, iż ktokolwiek czyta to co tutaj publikuję. Ale dobrze, ja kończę. Mam nadzieję, iż nie zawiedliście  się na drugim już rozdziale Forever. ;) 

- A



sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 1 - ,,Nowe życie, nowa gra''

 Usłyszałam bezlitosny budzik, który najwyraźniej nie zamierzał przestać brzęczeć. Ociężale nałożyłam moje białe, puszyste kapcie i podeszłam do urządzenia w zamiarze wyłączenia go. Kolejny męczący dzień. Zabrałam z krzesła wcześniej uszykowany zestaw ciuchów i niepewnym krokiem weszłam do łazienki. A może jeszcze trochę pośpię, a moja rodzina wyjedzie beze mnie? To zbyt piękne, by było prawdziwe. Po chwili rozkoszowałam się już chłodnym i orzeźwiającym natryskiem. Kroplami wolno spływającymi po moim ciele. Prysznice to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogły powstać. Można wejść i zrelaksować się, zapominając o całym bożym świecie. Pięć minut później wysuszyłam się i ubrałam. Gdy skończyłam, zbiegłam po schodach do kuchni, gdzie czekała na mnie reszta rodziny. Mama miała na sobie lekki makijaż, zakrywający jej ledwo widoczne, niedoskonałości, czarną spódnicę do kolan i białą koszulę. Wyglądała jakby za chwilę miała mieć jakieś ważne spotkanie, jednak dla niej była to codzienność. Ojciec ubraną miał na sobie czarną koszulkę z logo jego firmy, a pod jego oczami widniały ciemne cienie od zmęczenia. Michael - mój brat, w przeciwieństwie do mnie, wyglądał jakby nie spał od tygodnia. Wczorajszą noc spędził na płaczu i użalaniu się, więc nie dziwiłam się, że wyglądał tak, a nie inaczej. W myślach dziękowałam Bogu, że nikt nic nie mówił, a my w spokoju mogliśmy konsumować jedzenie. Na szczęście moja mama postanowiła zniszczyć tą bezpieczną dla nas sferę. Czujecie ten sarkazm?

- To... Cieszycie się...? - spytała niezręcznie moja matka. Niestety nie tędy droga. Mój brat, jakby zniesmaczony, rzucił mocno widelcem o talerz i odszedł od stołu, pozostawiając po sobie tylko brzęk po uderzeniu sztućca. Trzydziestodziewięcioletnia kobieta, jakby wcale nie spodziewała się tego wybuchu, siedziała z rozdziawioną buzią wytrzeszczając swoje niebiesko-zielone oczy. Chyba miała zamiar coś jeszcze powiedzieć, jednak pozostała przy cichym, ledwo słyszalnym przekleństwie. Chwilę później znów krzątała się gdzieś po kuchni, czegoś zapewne szukając. Szybko zjadłam śniadanie, po czym zniknęłam na górze.

 Pudła. Dużo wszelakich pudeł i pudełeczek porozrzucanych po całym moim pokoju. ,,Zdjęcia'',  ,,Ubrania 1'', ,,Ubrania 2'', ,,Filmy'', ,,Książki 1'', ,,Książki 2'', ,,Książki 3'', ,,Książki 4''. Miałam multum książek, więc to ich było najwięcej. Już od dziecka rodzice uczyli mnie je szanować i traktować niczym skarb. Książki były moimi jedynymi przyjaciółmi już od lat dziecięcych. Po takim czasie moja kolekcja ledwo mieściła się w trzech olbrzymich pudłach. W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze tylko łóżko i jakaś komoda, którą zresztą zamierzałam sprzedać.  Niczym zahipnotyzowana przyglądałam się ścianom wokół mnie zastanawiając się, jak ja ,typowa amerykanka, odnajdę się w Anglii. Przecież to kompletnie inny świat! Z tego co słyszałam, jest tam chorobliwie zimno, poza tym czytałam wiele historii kryminalnych rozgrywających się właśnie w Brytanii i jestem pewna, że przez pierwszy tydzień nie wyjdę z łóżka bojąc się, że ktoś mnie napadnie. Co prawda słyszałam także wiele pozytywnych historii o tym, jak ludzie są tam uprzejmi i mili, ale wydawały mi się one skoloryzowane lub zwyczajnie zmyślone. Bo nie oszukujmy się - kto tak nagle, bez powodu, podchodzi do jakiejś babci przeprowadzając ją przez ulicę, następnie pomagając zanieść jej zakupy do domu, od razu płacąc za nie i spóźniając się do własnej pracy? Raczej nikt.

Drzwi od mojego pokoju się uchyliły, a ja zobaczyłam w nich mojego ojca. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Zazwyczaj nie wchodził w ogóle do mojego pokoju, a jeśli już to zawsze pukał. Mężczyzna widząc moje zmieszanie odezwał się:

- Przyszedłem znieść na dół te pudła - wyjaśnił - No wiesz... To praca wyłącznie dla mężczyzn - Uderzył swoją pięścią w klatkę piersiową próbując zażartować. Gdy tata nie zauważył na mojej twarzy uśmiechu, zasmucił się, więc aby poprawić mu humor sztucznie uśmiechnęłam się do niego. Brunet tylko podszedł do pudełek i nic nie mówiąc wziął jedno wychodząc szybko z pomieszczenia. Opadłam na łóżko wdychając ten specyficzny zapach, jaki zawsze panował w moim pokoju. Uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie nigdy więcej tego zapachu nie poczuję. Nigdy więcej nie zasnę w moim łóżku wśród kolorowych i puchatych poduszek, a także nigdy ponownie nie usiądę na parapecie przy oknie wśród znienawidzonych firanek. Właściwie nigdy nie zrobię już nic co robiłam do tej pory, a moje życie najprawdopodobniej obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale mam przeczucie, że nie będzie to dobra zmiana.

- Rzeczy załadowane - powiadomił moją rodzicielkę jeden z pracowników ciężarówki, która miała zawieść nasze rzeczy na lotnisko, a z lotniska prosto do samolotu.

- Wspaniale, czy mój mąż przekazał już państwu pieniądze? - spytała z sztucznym uśmiechem kobieta, delikatnie poprawiając włosy i bluzkę.

- Jakąś godzinę temu - odpowiedział jej mężczyzna z równie sztucznym wyszczerzeniem na twarzy. Od tej słabej gry aktorskiej miałam ochotę zwrócić moje śniadanie, więc zwyczajnie odwróciłam wzrok.

- Wspaniale - powtórzyła po raz kolejny blond-włosa, po czym stukając obcasami o chodnik odeszła w głąb domu, zapewne by po raz kolejny sprawdzić, czy wszystko dopięte jest na ostatni guzik.

Siedziałam w dość dużym czarnym samochodzie pogrążona w myślach. Obok mnie siedział Mike SMS-ując z kimś zawzięcie. Przypuszczam, że z Marlene, jego dziewczyną. Biedna, kiedy tylko dowiedziała się, że nastolatek musi wyjechać desperacko błagała go, by z nią nie zrywał i aby nie urywał z nią kontaktów. W końcu udało jej się przekonać chłopaka związkiem na odległość, choć doskonale wiem, że sam Michael w to nie wierzy. Gdy on SMS-ował z Marlene, ja spoglądałam przez szybę podziwiając wszystko wokół i pozwalając moim obawom wyjść z ukrycia i  opanować mój umysł.

W trakcie lotu pilot może stracić kontrolę nad samolotem. Maszyna zacznie spadać, po czym rozbiję się na kawałki uderzając o jakąś skałę i paląc się jednocześnie. Mniej więcej tak wyobrażam sobie ten lot. Może zbytnio się denerwuję? Przecież codziennie tyle ludzi leci gdzieś samolotem. Tylko nieliczne się psują. Tylko nieliczne spadają, powodując śmierć tysięcy ludzi. Tylko nieliczne ostatecznie lądują, tak jak wspomniałam wcześniej.

- To co, kochani? Gotowi? - spytała moja matka trzaskając drzwiami samochodu. Mruknęłam coś pod nosem, a Mike nie zauważył nawet, że kobieta weszła już do środka. Auto ruszyło. Aby nie słyszeć moich irytujących rodziców w uszy wsadziłam słuchawki odpalając na mojej komórce muzykę i słuchając ją, aż do dotarcia na miejsce.

Lekko przestraszona spoglądałam przez okno samolotu, próbując wsłuchać się w tekst jakiejś dennej piosenki, która leciała w tej chwili na mojej komórce.

- Wszystkich pasażerów prosimy o zapięcie pasów. Samolot startuję za trzy minuty - oznajmił głos którejś ze stewardess. Posłusznie wykonałam polecenie nadane przez kobietę. - Przypominam także, że w trakcje lotu całkowicie zakazane jest palenie papierosów, a także spożywanie alkoholu niezakupionego na pokładzie samolotu. Za chwilę startujemy, dla tego proszę o wyłączenie wszelkich telefonów i tabletów, bądź jeśli znajdzie się taka możliwość ustawienie trybu samolotowego na urządzeniu. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego lotu!

Moja głowa opadła zmęczona na fotel. Zamknięta od ośmiu do dziewięciu godzin w urządzeniu, któremu w żadnym stopniu nie ufam. Wspaniale. Nie wyobrażałam sobie co mogłabym robić przez cały ten czas. Chyba jedyne, na co mogę teraz liczyć to, to, że jakoś przeżyję na czytaniu książek, jedzeniu i spaniu. Tak, to był dobry pomysł.

- Angelinco - odezwał się mój tata szturchając mnie lekko. Och, jak ja bardzo nienawidzę tego zdrobnienia. Szybko wyjęłam słuchawki z moich uszu. - Chcesz coś do jedzenia? To naprawdę długa podróż, a ja nie chcę abyś...

- Nie trzeba. Nie jestem głodna - wytłumaczyłam trochę zbyt szybko. Ojciec spojrzał na mnie krzywo.

- Angelica, dobrze wiesz co myślimy o tych twoich ,, dietach cud'' - Ze złości ścisnęłam moje pięści zaciskając je na oparciu krzesła.  

- Nie o to chodzi - warknęłam nieprzyjaźnie do mężczyzny, który był raczej zaskoczony moim wybuchem. - Zwyczajnie nie jestem głodna - wysyczałam, po czym zdenerwowana odwróciłam się z powrotem w stronę okna w myślach odliczając do stu i po raz kolejny wtykając w uszy słuchawki od telefonu. To będzie długa i męcząca podróż. Czuję to.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kochani bardzo przepraszam i choć chciałabym by ten rozdział jako PIERWSZY okazał się żywy, pełen akcji i wciągający ale jest to taka historia, że po prostu NIE MOGŁAM wprowadzić od razu wszystkiego na raz, bo historia rozwinęła by się zbyt szybko, a tego w wszelkich powieściach osobiście nie cierpię. Ale muszę przyznać, że wszystko zależy od rodzaju opowieści. No cóż ja kończę. Pamiętajcie komentujcie! To bardzo motywuje!

- Buziaki April


Prolog - ,,Wśród tysięcy gwiazd''

 Tak więc może się przedstawię. Jestem Angelica i mam siedemnaście lat. Pewnie oczekujesz, że oczaruję cię teraz piękną historią miłosną z ,,happy endem'', prawda? Otóż niezupełnie. Miłość to zbyt poważne i zbyt przereklamowane słowo.

 Dwudziesty ósmy sierpnia, dzień mojej przeprowadzki. Opuszczam mój ukochany Nowy Jork i ruszam do ponurego Londynu. Teraz zapewne chcesz wiedzieć co robię. Nie, nie spędzam czasu z przyjaciółmi. Nie, nie wylewam łez w koszulkę jakiegoś chłopaka. I nie, nie pocieszam brata z powodu smutku do tego, co musi tu zostawić. Zostawić kochającą dziewczynę, przyjaciół, dla których jest on kimś ważnym. A co ze mną? Jestem tylko cichą, nie wychylającą się z tłumu szatynką, której życie oparte jest na ciągłej rutynie i nudzie. Tak, więc nie dokończyłam pytania, nie dałam odpowiedzi. Siedzę na parapecie okna ze znienawidzonymi przeze mnie firankami i wpatruję się w niebo. Niebo, które wydaje się być jak pewien ratunek od rzeczywistości.

Miejsce bez smutku, bez żadnych trosk. Tam wśród gwiazd wraz z... No właśnie. Tam jestem sama. Ale to bez znaczenia, bo wśród nich jesteś ,,kimś''. Częścią tego wspaniałego wymiaru. Gwiazdy migotały, dając niebu piękny połysk. Rogalikowaty księżyc dopełniał ten obraz niczym z bajki. Choć, przyznam - myliłam się. Nie jestem sama. Jest ze mną moja fantazja, gwiazdy i cisza. Nienaruszona niczym nie spożyty jeszcze chleb. Nie płaczę, bo przecież nie mam powodu. Nie choruję, nie głoduję, nie tracę, nie umieram. Chociaż wiem, że z każdą chwilą bliżej mi do śmierci.

Moje przemyślenia przerwał dotyk na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko, jednocześnie odwracając do źródła krótkiego muśnięcia. To, co zobaczyłam, było przygnębiające. Czerwona i mokra od płaczu twarz mojego brata było widoczna nawet w ciemności.

- Idź spać - odparł tak chłodno, że dostałam gęsiej skórki. Nie chciałam dyskutować i jeszcze bardziej denerwować chłopaka, więc zeskoczyłam z parapetu, po czym niczym robot ruszyłam do łazienki. Zmyłam makijaż zdobiący moją twarz, a także wzięłam prysznic i umyłam dokładnie zęby.  W końcu, gotowa do zrealizowania polecenia nadanego od mojego brata, wpełzłam pod kołdrę. Nie spałam. Po mojej głowie chodziły myśli: ,,Co gdyby...?''. Powstawały nowe czarne jak i kolorowe scenariusze.

Coraz bardziej zmęczona ograniczałam rozmyślania przymykając oczy. W końcu zapadłam w głęboki sen.

Dobranoc.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Oto prolog, który napisałam... Uwaga! Prawie rok temu. Długo zastanawiałam się czy go tu opublikować i w końcu proszę oto prolog. Osobiście mi się bardzo podoba, choć jest dość krótki. Te opowiadanie traktuję na prawdę na poważnie, a rozdziały wstawiać będę kiedy zwyczajnie znajdę inspirację i kiedy będą one w pełni gotowe. Nie oznacza to, jednak, że tą oto powieść będę zaniedbywać. Mam nadzieję, że prolog wam się spodobał. Zostawiajcie komentarze z opiniami i pierwszymi wrażeniami. To dla mnie bardzo ważne.

- A


środa, 20 kwietnia 2016

wtorek, 19 kwietnia 2016

Wstęp

Może zacznę od tego, że jestem April. Miło mi.
Z góry dziękuję za każdy komentarz, każde udostępnienie i każde odwiedzenie tego bloga z opowiadaniem. To dla mnie - autorki tego opowiadania - wiele znaczy.
Od razu mówię, że rozdziały NIE będą regularnie. Z jakiego powodu? Robiłam tak z AMW (skrót od Always my way), opowiadaniem, które może niektórzy znają i niestety rozdziały wychodziły byle jakie, bez pomysłu i z błędami. Ale spokojnie! Nie będę dodawała postów raz na miesiąc, ale o wiele częściej.
- A