sobota, 4 czerwca 2016

Rozdział 5 - ,,Później będzie tylko gorzej''

 Po moim pokoju rozległ się głośny i donośny dźwięk budzika. Dzwonił przez parę minut, torturując moje bębenki w uszach. Jęknęłam, przewracając się i z impetem wkurzona zrzuciłam go z mojej szafki nocnej, stojącej obok. Po chwili usłyszałam dźwięk zbijania się szkła. Mój budzik był zrobiony z szkła. Od razu się rozbudziłam. Spojrzałam na podłogę. Dalej słychać było ciche i zniekształcone dźwięki pochodzące z urządzenia, jednak zdecydowanie nie był już do użytku.

- Jasna cholera, Angelica! - krzyknęłam sama do siebie, zaczynając zbierać rozbite szkło z podłogi. Niestety byłam na tyle lekkomyślna, że zbierałam je rękami, zamiast sprzątnąć to szczotką na tace i wyrzucić. Dopiero chwilę później zorientowałam się jak idiotycznie postępuję, akurat podczas, gdy mały kawałek szkła wbił mi się w rękę. Przeklnęłam, dalej poddenerwowana całym zajściem. Ostrożnie wyjęłam szkło z dłoni, po czym na wszelki wypadek odkaziłam ranę. Wtedy uderzyła do mnie jedna rzecz.

- Przecież mam szkołę... - wyszeptałam. - Mam szkołę! - wrzasnęłam niczym wariatka, po czym niczym poparzona pobiegłam do łazienki. Prędko zdjęłam swoje ciuchy i weszłam pod prysznic odkręcając wodę. Umyłam się, ubrałam, a nawet zrobiłam sobie lekki makijaż, po czym podbiegłam do mojej komórki, aby sprawdzić godzinę. Nie miałam wiele czasu, ale wystarczająco, żeby przygotować się i dojść do mojej nowej szkoły. Postanowiłam na śniadanie przyrządzić sobie zwyczajne kanapki. Nie miałam ochoty gotować. Zjadłam je powoli, najadając się. Zabrałam moją torbę. Już miałam wybiegać z domu, aby złapać autobus, gdy zatrzymało mnie wołanie mojego imienia. Zdziwiona odwróciłam się, dostrzegając za sobą Mike'a.

- Chcesz żebym cię podwiózł? - spytał się brunet. Pokiwałam głową, po czym weszłam do nie wielkiego samochodu. Zapinałam pas, gdy chłopak odezwał się:

- Poczekaj - zaczął. - Muszę zapalić

- Palisz? - wytrzeszczyłam oczy. To nie było do niego podobne. Mike nigdy nie rozumiał jak ktokolwiek mógł robić coś takiego. Nagle zobaczyłam go z papierosem w ręku i zwyczajnie się pogubiłam. Dlaczego on to robi? Od kiedy?

- Nie widać? - spytał retorycznie. - Poza tym nie powinno cię to interesować - dopowiedział nie zbyt grzecznie. Nie odpowiedziałam. Kolejny raz poczułam się jak idiotka.

- No jasne - mruknęłam pod nosem, próbując ukryć zażenowanie. Odwróciłam się w stronę szybę, po czym zaczęłam rozmyślać. Byłam ciekawa tego jak będzie wyglądał ten dzień. Ewentualne scenariusze zazwyczaj nie kolorowe, zapanowały moją głowę. Bałam się, że ludzie mnie nie polubią, albo, że się wygłupię. Że upadnę, a ludzie będą się śmiać, albo, że jakaś dziewczyna się mnie uczepi, a ja nie będę miała życia do końca roku. Ale był też inny scenariusz. Być niewidzialna. Tyle, że nie miałam takiej mocy, choć bardzo by mi się wtedy przydała. Być niewidzialna. Może to był mój błąd? Może to z tego powodu sprawy się tak potoczyły. Może powinnam była być niewidzialna? Cicha? Szara? Neutralna? Może wtedy ludzie by mnie polubili?

- Mamo? Co jeśli mnie nie polubią? - mała szatynka, siedziała już w samochodzie z małym plecakiem obok. Dotychczas była pewna, że będzie wspaniale, ale wtedy zaczęły łapać ją wątpliwości.

- Polubią - zapewniła ją matka, sztucznie się uśmiechając. Niczego nieświadoma dziewczyna odważyła się jej uwierzyć. Może to właśnie był jej pierwszy błąd?

Moje wspomnienia dźwięk SMS'a. W komórce, w okienku powiadomień zauważyłam, że faktycznie dostałam od kogoś wiadomość. Spojrzałam na nadawcę wiadomości, którym była Ambrell. Otworzyłam ją, po czym zaczęłam czytać.

,,Mam nadzieję, że nie zapomniałaś o swoim pierwszym dniu w szkole

- A''

Zaczęłam szybko wystukiwać na ekranie telefonu odpowiedz, ukradkiem spoglądając na swojego brata, który nadal wypalał papierosa. Skrzywiłam się, zauważając jak bardzo był w tamtej chwili podobny jest do Ambrell.

,, Oczywiście, że nie. Właściwie jestem już w drodze'' - odpisałam.

Dla zabicia ciszy i nudy w oczekiwaniu na odpowiedz postanowiłam włączyć radio. Tak, więc zrobiłam i nie zastanawiając się wybrałam pierwszą lepszą piosenkę na płycie wsadzonej w odtwarzaczu. Akurat grała jakaś nowa i znana piosenka, której tytułu nie mogłam sobie przypomnieć. Nie pasowała mi, więc postanowiłam, jednak ją zmienić. Sięgnęłam ręką w stronę odtwarzacza, gdy usłyszałam mocne trzaskanie drzwiami. Do środka wszedł mój brat, po czym usiadł na swoim miejscu i szybko odpalił auto.

,,Nie zgubisz się?'' - na moim telefonie ukazała się nowa wiadomość od mojej kuzynki.

,,Mój brat mnie podwozi'' - napisałam do niej, z zaciekawieniem przyglądając się Mike'owi.

- Zapnij pasy - rozkazał mi brunet, sam robiąc to samo. Zrobiłam to, po czym kolejny raz spojrzałam na ekran telefonu.

,,Może inaczej. Mike was nie zgubi?''

,,Raczej nie'' - szybko odpisałam.

- Angelica, zaraz będziemy - poinformował mnie brat, delikatnie hamując.

- Jasne, dzięki - odparłam. Spojrzałam za okno, przyglądając się każdej najmniejszej rzeczy. Widziałam drzewa, krzaki, ale także budynki. Ludzi idących do pracy lub szkoły. Byliśmy już coraz bliżej. Strach i podekscytowanie rozrywało mnie od środka. Po chwili ujrzałam duży szyld z napisem: ,,Witamy w naszej szkole!''. Pot zalał mnie od środka. Widziałam coraz więcej ludzi.

- Hej, Angelica, to tylko szkoła, nie denerwuj się tak - odezwał się Michael, widząc jak bardzo się denerwowałam. Ja tylko przełknęłam ślinę i czekałam na chwilę, gdy auto się zatrzyma. Nie długo, parę minut później Mike stanął na parkingu szkolnym, a ja otworzyłam drzwi ze strony pasażera, wychodząc na zewnątrz. Z moją twarzą zderzyło się świeże powietrze. Od razu poczułam się lepiej. Powoli szłam w stronę budynku. Szkoła była ogromna i zadbana. Widziałam setki okien, umieszczonych w jego ścianach. Setki nastolatków, wchodzących do środka. Być niewidzialna. Próbując wtopić się w tłum w końcu weszłam do budynku. Można uwierzyć mi lub nie, ale gdy pierwszy raz to ujrzałam, aż otworzyłam buzie ze zdziwienia. Musiałam wyglądać co najmniej komicznie. Dwie dziewczyny przechodzące akurat obok zachichotały z mojej reakcji, a ja zawstydzając się lekko, szybko przywróciłam się do porządku. Rozglądałam się po całym korytarzu, próbując znaleźć Ambrell, jednak jej nigdzie nie było. Zaczęłam przeszukiwać całą moją torebkę, aby wziąć do ręki telefon. W końcu go miałam.

,,Gdzie jesteś? - wysłałam. Nerwowo czekałam na odpowiedź, dalej się rozglądając. Już miałam wejść w głąb szkoły i jej poszukać, gdy wpadłam na jakąś dziewczynę. Na oko miała tyle samo lat co ja. Błyszczące długie ciemne włosy, niebieskie oczy i idealną cerę.

- O Boże! Ja tak bardzo przepraszam! - zaczęła dziewczyna, chodząc nerwowo. - Nie zauważyłam cię i... To moja wina, ja... - nagle brunetka spojrzała na osobę, którą potrąciła, którą byłam ja. Zmarszczyła brwi, na chwilę zamilkając.

- To ty jesteś tą nową uczennicą? Angelica Hearingway, tak? - spojrzała na mnie.

- Hemmingway, ale nie martw się było blisko - uśmiechnęłam się do niej. Nastolatka zarumieniła się lekko z powodu swojej głupiej pomyłki.

- Jeszcze raz przepraszam, powinnam ci pomagać, a na razie sprawiam tobie same problemy. Mówiłam Holly, aby nie przydzielała mnie do oprowadzania ciebie, ale ona oczywiście musiała postawić na swoje. Bo przecież Olivia też mogłaby cię oprowadzić! Ale Holly wybrała mnie... - opowiadała ciemnowłosa. Zmarszczyłam brwi nie mogąc połapać się w tym o czym mówiła. Kim była Holly? Kim była Olivia?

- No, tak. Ja jestem Lily - dziewczyna wystawiła do mnie rękę w przyjaznym geście, na początku trochę się wahałam, ale w końcu ją ścisnęłam. Lily uśmiechnęła się do mnie.

- Skoro już tu jesteś chciałabyś abym cię oprowadziła? - spytała przyjaźnie.

- Nie trzeba, my ją oprowadzimy - odezwał się czyjś głos, pochodzący zza mnie. Odwróciłam się, widząc grupę ludzi. Lekki się zaniepokoiłam, ale moje obawy odeszły w bok, gdy pośród ludzi zauważyłam Ambrell. Nie sądziłam, że ma tyle znajomych.

- No chodź mała, nie wstydź się - zachęcał mnie jeden z nich, choć w jego głosie czułam drwinę. Był to wysoki i wysportowany brunet z niesamowitymi oczami. Po chwili odezwała się Ambrell.

- No chodź! - krzyknęła moja kuzynka, śmiejąc się. Spojrzałam na Lily, a raczej na miejsce w jakim niedawno stała. Nie było jej. Nieśmiało ruszyłam ku grupie. Rozległy się gwizdy, klaski i drwiny. Jestem niemal pewna, że byłam cała czerwona. Moje policzki niesamowicie mnie piekły. Najchętniej zakopałabym się pod ziemie. Nie podobało mi się to jak wiele zamieszania robi sobą grupa Ambrell i sama ona.

- Nie zadawaj się z nią - zwróciła się do mnie dziewczyna. Spojrzałam na nią zdezorientowana, nie wiedząc o czym mówi. - Z Lily.

- Dlaczego? - spytałam, kompletnie nie mogąc uwierzyć jak można nie lubić tak sympatycznej dziewczyny. Znaczy, wydawała się sympatyczna, bo tak właściwie nawet jej nie znałam i nie powinnam była jej oceniać. Ale nie zmieniało to tego, że wyglądała na miłą.

- Po prostu tego nie rób - odszepnęła lekko zirytowana. Ja postanowiłam więcej się nie odzywać.

- To tak słuchajcie, to jest Angelica - wzięła głos, wskazując na mnie. - Jest tutaj nowa

- Zauważyliśmy - odezwał się czyjś głos.

- Zamknij się, Trevor - warknęła w stronę jednego z chłopaków. On tylko prychnął, zamilkając. Nagle przede mną pojawiła się niska, blondynka z wielkimi brązowymi oczami. Uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła swoją dłoń w moją stronę.

- Miło mi się poznać, Angelica. Jestem Jo - odezwała się. Także się uśmiechnęłam, po czym uścisnęłam jej dłoń.

- Mi również - odparłam, nerwowo spoglądając na resztę grupy przyglądającej się nam. Po chwili podszedł do mnie chłopak. Wysoki, nie chudy, ale nie gruby. Miał piękne duże zielone oczy i brązowe gęste włosy.

- Ja jestem Felix - powiedział, uśmiechając się zniewalająco.

- No, a ja Collin - burknął ten sam wysoki brunet co wcześniej. Nie wyglądał na zbyt ucieszonego moim towarzystwem. Po kolei każdy mi się przedstawił, gdy ja próbowałam to wszystko zapamiętać. W końcu każdy zaczął ze sobą rozmawiać, podczas gdy ja nasłuchiwałam się z boku.

- Hej, Bry! Pamiętasz o sobotniej imprezie? - krzyknął z tego co pamiętałam Trevor.

- Oczywiście, że tak - roześmiała się Ambrell. - Adrianne idzie wraz z tobą? - dopytywała się blondynka.

- Ta, najprawdopodobniej, ale nie jest jeszcze zdecydowana - wymruczał chłopak, a w jego głosie wyczuć można było zdenerwowanie. Najwyraźniej nie chciał o tym rozmawiać.

- Słyszałem, że Elliot robi jeszcze większą imprezę niż zazwyczaj – odezwał się inny chłopak. – I będzie zioło – uśmiechnął się, tego było zbyt wiele. To zdecydowanie nie było towarzystwo dla mnie.

- Ambrell, idę na lekcję – oschle zwróciłam się do mojej kuzynki, a ona spojrzała na mnie zdziwiona.

- Pójść z tobą? – spytała, sztucznie się uśmiechając.

- Nie dzięki – mruknęłam. Odwróciłam się nerwowo i odeszłam w głąb szkoły, stukając swoimi butami o podłogę.

 Tak, nie wiedziałam gdzie jestem. Tak, postąpiłam głupio i tak, właśnie się zgubiłam. Czy może być gorzej? Najwyraźniej, a ja miałam wrażenie, że później będzie tylko gorzej.









---------------------------

Hej kochani! Zdaję sobie sprawę, że na ten rozdział czekać trzeba było naprawdę długo. (czyt. miesiąc), ale uwierzcie mi nigdy nie miałam takiego zawieszenia. Nie dość, że trzeba było poprawić wszystkie oceny, bo jak wiadomo zbliżają się wakację, to nie miałam siły i chęci na napisanie tego rozdziału. Zmieniałam go tysiące razy, tysiące razy zmieniałam imiona, wydarzenia i przyznam, że w pewnym momencie sama się pogubiłam, ale ważne, że rozdział już jest. Postaram się, aby kolejny był już szybciej. Zresztą mam już trochę napisane.

- A






niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 4 - ,,Bo ludzie w Londynie są mili''

Po około dwudziestu minutach byliśmy już na miejscu. Wokół mnie znajdowały się wielkie budynki, a przed nami stały trzy ławki ustawione na tej samej poziomej linii chodniku. Nie było to jakieś specjalne miejsce. Nie wyróżniało się właściwie niczym specjalnym, co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło.

- To dość zwyczajne miejsce, po co dziewczyna miałaby mnie tu przyprowadzać? - w myślach spytałam się samej siebie, nieświadomie marszcząc brwi

- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - spytałam w końcu, rozglądając się wokół.

- Tak właściwie, to chciałam tylko zapalić - odpowiedziała szczerze dziewczyna, wyciągając papierosa z kieszeni swoich jeansów - A moi starzy zabiliby mnie, gdybym zrobiła to w środku - dokończyła obojętnie, po czym zaczęła szukać zapalniczki.

- Oh... - mruknęłam do siebie, czując się niczym piąte koło u wozu. - Jasne - odparłam czując się lekko niezręcznie, nie widząc, co ze sobą zrobić. Blondynka w końcu znalazła zapalniczkę i podpaliła ,,szluga'' za chwilę się nim zaciągając.

- Chcesz? - spytała się Ambrell, wyciągając dłoń z papierosem w moją stronę.

- Nie palę - odpowiedziałam jej, a dziewczyna spojrzała się na mnie jak na kosmitę, jednak chwilę później wróciła do palenia, nie komentując tego co jej powiedziałam.

- Powiedź mi, dlaczego wasza rodzina, od tak przeprowadziła się do Londynu? To trochę dziwne - skrzywiła się, kolejny raz wciągając przez usta szkodliwą substancję.

- Nawet bardzo. W Ameryce nawet nam się układało. Właściwie rodzicom, ale nagle dostali jakieś kilku miesięczne zlecenie w Londynie i postanowili, że możemy rok spędzić w Anglii. Podobno to miało tylko polepszyć naszą sytuację - tłumaczyłam wolno, w środku gotując się ze złości, gdy o tym mówiłam.

- Nie mogli zostawić was w domu? Z tego co wiem Michael jest pełnoletni

- Rodzice uważają, że jesteśmy zbyt nieodpowiedzialni - westchnęłam.

- Cóż, z tego co wiem dwoje jesteście sztywni, więc raczej problemu by nie było - odparła szczerze.

Nie, że jakoś specjalnie mnie to obchodziło, ale poczułam lekkie kłucie w sercu. Nie sądziłam, że za taką mnie miała. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Miałam nudne życie, nie byłam też specjalnie rozrywkową osobą, więc Ambrell ma chyba powód by nazwać mnie sztywną, prawda?

- Walić to - pomyślałam.

- Mogę? - skinęłam głową w stronę papierosa. Nigdy nie paliłam, ale jak to się mówi: ,,Zawsze musi być ten pierwszy raz'', więc postanowiłam chociaż to mieć już z głowy.

- N-no jasne... - mruknęła podając mi mały przedmiot. Przez chwilę patrzyłam się na niego, po czym zaczęłam powolutku zbliżać go do moich ust, wahając się czy wziąć przedmiot do buzi, czy nie.

- Pierwszy raz? - spytała, a ja tylko pokiwałam głową przez co dziewczyna się roześmiała.

- Jesteś taka niewinna - zachichotała. - Popatrz na mnie, a później spróbuj to powtórzyć, dobrze?

- Okey - Amrell przyłożyła papierosa do buzi, wciągnęła w siebie dym, po czym z gracją wypuściła go. - Teraz ty - podała mi go. Zrobiłam dokładnie to samo tylko zamiast z gracją się zaciągnąć, ja ledwo wciągnęłam dym, po czym zaczęłam okropnie kaszleć i udusić się, a do tego nie wiadomo czemu z oczu wyleciało mi parę łez.

- No prawie - roześmiała się głośno - Nie martw się, z czasem zdobędziesz wprawę - mrugnęła do mnie żartobliwie dalej się śmiejąc. Podałam jej papieros, a jej uśmiech wybladł, choć nie wiedziałam właściwie dla czego.

- A co z przyjaciółmi? Nie tęsknisz? - zapytała marszcząc brwi i kolejny raz nawiązując do przyjazdu naszej rodziny do Londynu. Ja tylko przegryzłam nerwowo wargę, nie wiedząc co mogłam odpowiedzieć.

- Ja... - nie mogłam powiedzieć jej, że ich nie miałam. Wzięłaby mnie za jakąś wariatkę. Kolejny raz pojawiła się sztuczność, ale co innego mogłam zrobić oprócz skłamania jej prosto w twarz?

- Tęsknie, ale co ja mogę zrobić? Już tu jestem. Nie ma odwrotu - te słowa w moich ustach brzmiały dziwnie, zdecydowanie w głowie lepiej to szło.

- To też racja - rzuciła wypalony papieros na ziemie, po czym zdeptała go nogą. - Wracamy? Robi się zimno

- Nie możemy zostać tu jeszcze chwileczkę? Wydaję mi się, że nie chce wracać do tego tłumu - powiedziałam, lekko rozbawiona. *Ambrelly pokiwała głową zgadzając się.

- Właśnie - po chwili ciszy, odparła dziewczyna obok mnie - Wiesz, że będziesz chodzić ze mną do tej samej szkoły? Kto wie, może nawet do tej samej klasy - uśmiechnęła się przyjaźnie, unosząc brwi, jeżeli można w ogóle unieść brew ,,przyjaźnie''.

- Oh, to byłoby miłe. No wiesz, oprócz ciebie nie znam tu właściwie nikogo - zachichotałam niezręcznie. Nie byłam osobą lubiącą przebywać z wieloma osobami, nie byłam osobą, w ogóle lubiącą przebywać z kimkolwiek.

Nie, nie jestem kolejną szarą myszką i chociaż zdarza mi się czasem być naprawdę nieśmiałą, jeśli trzeba potrafię się postawić.

- Oczywiście, ale nie martw się. Jak znam życie w pierwszy dzień poznasz tysiące osób, z których zapamiętasz imiona tylko paru - zażartowała. Nagle z kieszeni jej jeansów wydobył się dźwięk przychodzącej wiadomości. Ambrell szybko wyciągnęła komórkę i spojrzała na jej ekran, cicho przeklinając.

- Cholera, musimy wracać. Starzy zorientowali się, że nas nie ma - opowiedziała znudzona i jednocześnie zirytowana.

Byłam ciekawa, czy mówi tak do nich naprawdę, twarzą w twarz, czy może tylko przy znajomych. Gdybym osobiście powiedziała tak do moich rodziców, zapewne miałabym niezłe kłopoty.

- Halo? - przeciągnęła dziewczyna pojawiając się przede mną i machając mi dłonią przed twarzą - Angelica! Już drugi raz się tak zamyśliłaś. Stało się coś? - spytała podejrzliwie.

-  Oczywiście, że nie - zaprotestowałam z fałszywym uśmiechem - To po prostu... Z nerwów - wymyśliłam na poczekaniu. Blondynka chyba mi uwierzyła, bo o nic więcej nie pytała tylko zwyczajnie wróciła wraz ze mną do jej domu.

- Mike - Ambrell zwróciła się do mojego brata - Chcesz rozejrzeć się po domu? - spytała lekko przegryzając wargę i mogłabym przysiądź, że dziewczyna próbowała z nim flirtować. Była bardzo blisko, a jej palec kreślił nieokreślone kształty na koszuli Michael'a. Spróbowałam to zignorować i zwyczajnie ruszyłam w stronę babci. To było naprawdę dziwne nazywać tak kobietę, którą widziałam raptem parę razy. Jak byłam dzieckiem wmówiłam sobie, że skoro moja babcia z Anglii nie przyjeżdżała do mnie do Ameryki, to nie była moją prawdziwą babcią. Tak było łatwiej.

Po chwili, gdy mój brat wraz z Ambrell zniknęli ja zostałam sam na sam z moją ,,babcią''.

- Hej...Mmm...Babciu? - zwróciłam się do niej niezręcznie. Kobieta odwróciła się w moją stronę.

- Tak, skarbie? - spytała uśmiechając się, tak jakby właśnie wygrała miliard dolarów. Och, przepraszam to Anglia. Tak, jakby właśnie wygrała miliard funtów.

- Właściwie, chciałam ci pomóc - wyjąkałam zdziwiona tym jak bardzo przyjaźnie jest do mnie nastawiona, choć ja zbytnio się do niej nie zbliżałam, ani nie rozmawiałam z nią.

- Nie trzeba! Chyba nie myślisz, że jestem tak bardzo stara, aby nie dawać sobie rady w zmywaniu naczyń, prawda?

- Oczywiście, że nie, ale cztery ręce, są bardziej przydatne od dwóch, prawda? - tak samo uśmiechnęłam się do niej. Jednak tym razem prawdziwie.

- Racja - na chwilę się zamyśliła - Skoro tak, ja zajmę się tymi naczyniami - powiedziała wskazując na jedną stertę talerzy - A ty tymi


Razem czyściłyśmy różne miski, talerze i kubki, równocześnie rozmawiając jak wieloletnie przyjaciółki. Zdziwiło mnie to niesamowicie, jak optymistycznie nastawiona do świata była starsza kobieta.

Może Brytyjczycy faktycznie są tak kulturalni, jak mówili inni ludzie?


- Masz kogoś może na oku? - zapytała mnie nagle babcia, przez co ledwo nie zadławiłam się powietrzem.

- Ja? Nie, nie interesują mnie związki. Wole skupić się na nauce - wyjawiłam. Od dzieciństwa wpajano mi, że jestem przyszłością rodziny, że najważniejsza jest nauka, że jest ważniejsza od wszystkiego innego i tak właśnie rodzice postanowili, że zostanę adwokatem.

- Słusznie, a co z twoim bratem? Wyrwał już jakąś dziewczynę? - zażartowała.

- Tak jakby. Ma dziewczynę Marlene, ale nie wydaję mi się, że to się im uda

- Dlaczego?

- Mieszkają tysiące kilometrów od siebie. Jak to w ogóle mogłoby się udać?

- Listy i te... Mmm.... - na chwilę się zastanowiła - SYMS? MSM?

- Chodzi ci o SMS'y? - spytałam domyślając się co chciała mi przekazać.

- Tak, właśnie. SMS'y - odparła -  A co z nimi? - spytała mnie, kończąc myć kolejny kubek.

- To nie takie łatwe - westchnęłam - Ani jedno, ani drugie nie wie, co może się dziać za ich plecami. Poza tym Anglia i Ameryka mają inne strefy czasowe - wytłumaczyłam staruszce.

- Gotowa na jutrzejszy dzień? - Pani Hemingway próbowała podtrzymać rozmowę, zmieniając temat.

- Jutro? Co jest jutro? -zdziwiłam się na chwilę zapominając, że jest już trzydziesty pierwszy.

- Twój pierwszy dzień szkoły w Londynie - wtedy uśmiech na mojej twarzy, zastąpiło zmartwienie, kobieta jakby wyczuwając,co czuję odezwała się:

- Nie martw się, ludzie w Anglii są bardzo mili. Na pewno znajdziesz sobie tutaj wielu przyjaciół - pocieszyła mnie.

- Mam nadzieję - mruknęłam pod nosem.

- Mówiłaś coś? - odwróciła się w moją stronę.

- Nie - odpowiedziałam i wróciłam do zmywania. Zostały mi tylko dwa talerze i jedna miska.

- Angelica! - rozbrzmiał głos mojej matki - Wracamy! - krzyknęła tonem nie do sprzeciwu. Zdziwiłam się, bo przecież tak dobrze szło, wszyscy spokojnie rozmawiali, nie było żadnych kłótni. Gdy nagle matka oznajmiła, że wracamy, choć mieliśmy zostać tam jeszcze koło dwóch godzin. Nie chcąc denerwować matki o nic nie pytałam.

Tak jak wcześniej wspomniałam nasz dom znajduję się pięć minut stamtąd, więc około pięć minut później mogłam już spokojnie pójść do pokoju, bez obawy, że wtargnie tu ktoś z pytaniami co do mojej osoby. Wiedziałam, że muszę przygotować się do szkoły, ale ta wizja mnie tutaj dalej do mnie docierała. Zapewne na początku nie będę w stanie z nikim porozmawiać. Często tak mam, że ze stresu nie mogę nic powiedzieć. To tak jakby ktoś na chwilę zszył mi gardło i usta, nie pozwalając się odezwać. Ludzie w Nowym Yorku myśleli albo, że jestem dziwna, albo niesamowicie nieśmiała. Postanowiłam, że przeczytam jakąś książkę. Książki to taka ucieczka od świata, nie ucieknę na zawsze, nie da się, ale chyba chwila w innym świecie by mi nie zaszkodziła, prawda? Tak, więc wzięłam pierwszą lepszą nie zaczętą książkę, po czym pogrążyłam się w lekturze. Czytałam koło dwóch godzin, gdy zwyczajnie usnęłam z książką położoną  na głowie, co swoją drogą musiało wyglądać komicznie.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Ambrelly, Ambby - skróty i zdrobnienia od imienia Ambrell oraz Rebel to przezwisko Ambrell wśród jej znajomych :)

Witam wszystkich!

Od razu przepraszam. Jak na razie może wydawać się nudno, ale chcę na razie przedstawić wam rodzinę głównej bohaterki, samą ją i sytuację w jakiej się znajduję. Mam nadzieję, że następny rozdział wyjdzie taki jaki chcę by wyszedł abyście się nie nudzili ;) Tak poza tym, kto się cieszy, że w następnym rozdziale będzie przedstawiony pierwszy dzień Angelicy w pewnej Londyńskiej szkole?

- A




czwartek, 28 kwietnia 2016

Rozdział 3 - ,,Żywy ogród w martwym domu''

- A co słuchać u Jamesa? - spytał mój ojciec, uśmiechając się sztucznie. Tak naprawdę od dwóch lat nie rozmawiał ze swoim bratem i nie obchodził go już tak jak wcześniej, więc dlaczego się o to pyta? Nie rozumiem.

- Wszystko u niego dobrze. Niedługo będzie żenił się z Delilah - moja ciotka odwzajemniła uśmiech, po czym kontynuowała - Nigdy w życiu nie widziałam go tak szczęśliwego! - zachichotała, wyrzucając ręce w powietrze - Kto by pomyślał, że kolejny mój braciszek będzie się żenić! Pamiętam jeszcze twój ślub z Chanel. Wyglądaliście na tak samo szczęśliwych

Może mi się to wydawało, ale ojciec zrobił się nagle smutny. Tak jakby wspominanie tego dnia teraz było dla niego czymś przygnębiającym.

- Wspaniale - wymamrotał, sięgając po swoją komórkę, tak jakby właśnie dostał jakąś niesamowicie ważną wiadomość, choć tak naprawdę wszedł tylko na jakąś bezsensowną stronę internetową. Zachowywał się naprawdę dziwnie, ale nie chciałam wnikać dlaczego, bo wiem, że do niczego by to doprowadziło.

Sztuczność. Czy mówiłam, jak bardzo jej nienawidzę? Bo kiedy w tych czasach człowiek mówi, lub robi to co naprawdę chcę? Mały wymuszony uśmiech, udawany zachwyt z prezentu, pocieszanie kogoś nawet jeżeli tak naprawdę nie obchodzą nas sprawy tej drugiej osoby. Nie żeby sama tego nie robiła. Bo robię, ale  czy to nie wydaję się dziwne? To jak bardzo wszyscy próbują upodobnić się do osób, jakimi nie są.

Ekran mojej komórki się rozświetlił, a ja zauważyłam, że dostałam wiadomość. Okazało się, że pochodziła ona od mojej kuzynki, którą z resztą widziałam dwa razy w życiu.

,, Angelica! Wszyscy na was czekamy :* Nie mogę się doczekać'' - szkoda, że ja nie mam nastawienia podobnego do niej.

- Ale czy mogę w ogóle się cieszyć? - pomyślałam.

 Układało mi się w miarę dobrze. Nie wyróżniałam się z tłumu, ludzie znali mnie tylko z widzenia i nie przeszkadzało mi to. Problem w tym, że moi rodzice dostali jedną głupią propozycję pracy w innym kraju, a już kazali mi i mojemu bratu kompletnie olać nasze wcześniejsze życie. To było niesprawiedliwe, naprawdę niesprawiedliwe. Dlaczego nie mogliśmy tam zostać? Sami. Bez żadnych ludzi ciągle dyrygującymi nami i krytykującymi.

Do naszego nowego miejsca zamieszkania dojechaliśmy piętnaście minut później. Otworzyliśmy bagażnik, zabraliśmy walizki i inne pudła, po czym skierowaliśmy się ku domu. Ciotka rozmawiała z moim bratem, który dostał powoli nerwicy z powodu jej ciągle powtarzających się pytań. Moi rodzice rozmawiali przez telefon, a zwyczajnie tak jak przez wcześniejsze godziny, słuchałam mojej ulubionej *playlisty piosenek.

Dom sprawiał wrażenie ogromnego, a jego ściany były białe. Ramy okien pomalowane na ciemnobrązowy podobnie jak drzwi i dach. Weszliśmy do środka. Wystrój domu był elegancki, schludny. Przystrojony w stylu moich rodziców. Jednak w tamtym domu nie było tylu roślin. Zdjęliśmy buty i skierowaliśmy się do kuchni. Nie będę powtarzać, w jakim to eleganckim stylu była przystrojona, bo to było chyba oczywiste. Nowoczesna lodówka, ale zwyczajne już ciemne, pojemne szafki z kolejnym tysiącem kwiatów. Czy w każdym domu Anglików tak jest? Czy to tylko u nas dom wygląda bardziej jak ogród? Na środku pomieszczenia stał szklany duży stół zapewne do naszych ,,wspólnych posiłków'', na których i tak nikt się nie pojawia. Gabinetu rodziców nie zwiedzaliśmy, ogrodu także nie, zajrzeliśmy jeszcze szybko do łazienek ustalając, która jest kogo, po czym każdy poszedł w swoją stronę. Sam wystrój w miarę mi się podobał, ale co z tego, jeżeli ten dom nie ma w ogóle wspomnień. Wydaję się martwy, nudny, bez wspomnień, bez charakteru, i za taki właśnie go uważałam. Chwilę błądziłam między korytarzami, aż zauważyłam duży napis: ,,Angelica''. Otworzyłam buzie ze zdziwienia. Przecież to jest różowe! Błagałam, aby mój pokój nie był w podobnej kolorystyce. W końcu wzięłam się za siebie i weszłam do środka. Kolorem ścian był bardzo jasny pudrowo różowy, meble białe. Nie było tak źle. Przynajmniej nie znalazłam tam żadnych lalek, prawda? Podeszłam do okna i chociaż jest to może dziwne, spojrzałam na firanki. Białe, ledwo przezroczyste z kryształkami u dołu. W pokoju znajdowała się jeszcze toaletka, biurko, miękka pufa, szafy no i oczywiście pudła, które zapewne przywędrowały tu już wcześniej... Wymieniać mogłabym wieczność.

W pokoju rozbrzmiał dźwięk powiadomienia o **sms'ie. Myślałam, że to kolejna wiadomość od Ambrell - mojej kuzynki, jednak tekst był od mojego brata. Czy on naprawdę jest tak bardzo leniwy, że nie może przyjść do mojego pokoju i zwyczajnie porozmawiać ze mną?

,,Angelica! Mama powiedziała, że jutro idziemy do naszej rodziny z Londynu'' - odczytałam wiadomość. Szybko wystukałam odpowiedź.

,,O której?''

,,Nie wiem'' - nie odpisałam. Byłam niesamowicie zmęczona, jednak nie miałam pojęcia, o której wyjdziemy jutro do naszej ,,rodziny'', a chciałam być już przecież rozpakowana. Zaczęłam od kosmetyków. Nie zajęło mi to dużo czasu. Następne były zeszyty i książki do nauki, choć zapewne dostanę kolejne w mojej nowej szkole i tak wzięłam je ze sobą. Następne książki, tym razem nie do uczenia się, a zwyczajnego czytania. Skończyłam. Kolejną rzeczą, jaką musiałam zrobić było posegregowanie ciuchów. Musiałam je jeszcze oprócz tego wsadzić do szafy. W końcu po czterech godzinach pracy, niemal zasypiałam na podłodze. Biorąc to za znak postanowiłam, więc zostawić segregowanie na jutro. Zostało mi jeszcze tylko trochę, a wiedziałam, że więcej nie wytrzymam. Z jednej sterty ciuchów zabrałam piżamę, idąc w stronę wyznaczonej dla mnie łazienki. Chyba nie muszę opisywać co tam robiłam, bo to oczywiste.

Wskoczyłam do łóżka, dziwnie się w nim czując. Takie nowe, nieużywane i świeże. Gdyby nie to jak bardzo wycieńczona byłam, pewnie bym nie usnęła. Jednak teraz zwyczajnie marzyłam, by znaleźć się w stanie błogiego snu i nie obchodziło mnie, czy jestem na podłodze, czy łóżku.

Następnego dnia wstałam o dziewiątej. Było to o wiele później niż zwykle z powodu braku budzika, który chcąc, nie chcą został w Ameryce. Jednak wtedy nie miało to znaczenia. Bo, hej! Póki co były wakacje. Nie mam lekcji. Uszykowałam się biorąc kąpiel, malując się i myjąc zęby. Ubrałam się w jakąś czarną sukienkę, a włosy ułożyłam w niechlujny kok. Byłam gotowa na kolejny dzień.

- Mamo? Właściwie to kiedy pojedziemy do naszej rodziny? - spytałam się mojej rodzicielki zmuszając się, by nie powiedzieć ,,rodzina'' sarkastycznie. Bo co to za rodzina, którą widziało się trzy razy w życiu i to do tego, wtedy gdy było się jeszcze dzieckiem, przez co nic się nie pamięta.

- Za godzinę. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza - pokręciłam głową.

- To dobrze, bo w tej sprawie nie masz nic do powiedzenia - ścisnęłam pięści słysząc słowa mojej matki. Nie odpowiedziałam. To nie miało sensu i tak wyszłoby, że to ja jestem ,,tą złą''. Ta godzina minęła niesamowicie szybko. Oczywiście matka uważała, że powinnam nałożyć bardziej elegancką sukienkę, ale po krótkiej sprzeczce wyszło na moją korzyść, bo nie musiałam się przebierać. Do tego dowiedziałam się, że dom, do jakiego mieliśmy iść stał parę ulic stąd. Szliśmy tam koło pięciu minut. Wreszcie stanęliśmy przed wielkimi drzwiami mojej ,,rodziny''.

- Angelica! Michael! - krzyknęła jakaś kobieta, której w ogóle nie kojarzyłam. Po chwili podbiegła do nas i przytuliła, najpierw mnie, potem Mike'a. Coraz więcej ludzie się zbierało. Widziałam już moją ciotkę, wujka i parę ludzi, których nie znałam. To było dziwne. Jakby wszyscy mnie znali, tylko ja nie kojarzyłam ich.

- Channel! - przekrzyknęła wszystkich starsza kobieta wyglądająca na sześćdziesięciolatkę - Moje dziecko - wtuliła się w moją matkę cicho szlochając. Nagle oderwała się i popatrzyła na mnie. Mogłam jej się w spokoju przyjrzeć. Obie kobiety - moja mama i ta staruszka były do siebie bardzo podobne. Tak samo niebieskie oczy, włosy tego samego koloru, a nawet podobny nos. Uznałam, więc, że jest to moja babcia co dużo by wyjaśniało.

- Angelica? - spytała niepewnie przesuwając się w moją stronę. Pokiwałam twierdząco głową nie wiedząc co innego mogę zrobić. Moja babka wtuliła się we mnie mocno, a ja niezręcznie odwzajemniłam uścisk.

- Dziecko drogie w życiu bym cię nie poznała - wyznała, a potem zwróciła się do mojej rodzicielki -  Ty i Angelica jesteście takie podobne - mówiąc to uśmiechała się szeroko - Jak bliźniaczki! - zaśmiała się głośno. Rozejrzałam się wokół salonu, w którym aktualnie staliśmy. Wzrok wszystkich skierowany był w naszą stronę, przez co ze skrępowania zarumieniłam się. Nienawidziłam, gdy ktoś zwracał na mnie jakąś większą uwagę, wolałam być niewidzialna, a w tej chwili patrzyło się na mnie do najmniej dziesięć osób. O dziesięć za dużo.

- Mamo - jęknęła młoda kobieta jaką była moja mama - Daj spokój...

- No, a teraz tłumacz się. Dlaczego nas nie odwiedzałaś? Masz dwójkę wspaniałych dzieci i nie przywoziłaś ich tu prawie nigdy

- Dobrze wiesz jak żyjemy. W tej chwili... - zaczęła, lecz moja babka jej przerwała:

- Ciężko pracujecie na to by móc żyć tak jak żyjecie- dokończyła lekko zawiedziona.

Zaczynałam wariować. Każdy chciał porozmawiać ze mną i Mike'iem, chociaż chwilkę, a ja nie wiedziałam do kogo mówić.

- Ambrell - ciotka zwróciła się do mojej kuzynki widząc, że byłam skrępowana tą sytuacją  - Pokaż Angelice swój pokój

- Jasne... - mruknęła nastolatka niechętnie odrywając swój wzrok od komórki - A! Tak! - krzyknęła już z większym entuzjazmem. Po chwili dosłownie pociągnęła mnie w głąb swojego domu . Mówiąc z prędkością światła i opowiadając o wszystkim od ścian do chłopaków.

- Angelica uwierz mi tutaj nie da się nudzić - odrzekła Ambrell, gdy znaleźliśmy się już w jej pokoju - Chłopaki, imprezy, alkohol, narkotyki - nie mogłam nic poradzić, że skrzywiłam się, gdy Am to wypowiadała - To naprawdę fajna zabawa - mrugnęła do mnie.

- Ambrell, słuchaj naprawdę nie chcę cię zranić, ale nie sądzę bym pasowała do takich przyjęć - mruknęłam rozglądając się wszędzie wokół, aby tylko nie spojrzeć na dziewczynę, która gdyby tylko mogła zabiłaby mnie swoim wzrokiem. Jednak w końcu spojrzałam w jej stronę, a jej uśmiech wybladł.

- Jak to? - pisnęła cieniutkim i oburzonym głosem. Zapewne nie spodziewała się odmowy. - Angie nie wymiękaj - jęknęła - Na początku miałam do tego identyczne nastawienie. Uwierz mi to z czasem przejdzie, więc nie udawaj jakiejś cnotki - wydęła usta - Tylko zwyczajnie wyluzuj  i korzystaj z chwili

 Na początku nie wiedziałam co powiedzieć. Ambrell była ode mnie lekko młodsza. Tak właściwie wyobrażałam ją sobie dalej z kucykami na głowie i inne dziecięcymi dodatki. Ale ona była inna.

- Nie Am, to nie ma sensu. Nie pasuję do takich wydarzeń. Ja... - próbowałam wytłumaczyć jej, że nie chciałam tam pójść. Blondynka niegrzecznie mi przerwała:

- Pasujesz! - niemal wykrzyczała - To już postanowione musimy jakoś uczcić twoje przybycie do Londynu - powiedziała - To zgadzasz się? - na chwilę otworzyłam usta by coś powiedzieć, ale zdawałam sobie sprawę, że to i tak do niczego nie doprowadzi. Może piętnastolatka zapomni?

- Wspaniale - uśmiechnęła się ukazując rząd równych, białych zębów - Skoro tak jutro napiszę do ciebie z dokładną datą i miejscem twojego party - ucieszyła się dziewczyna - A teraz muszę pokazać ci pewne miejsce - złapała mnie za rękę i wyprowadziła z jej domu.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dobra przyznaję się mnie osobiście rozdział się tak mocno nie podoba. Nie był zmuszany, ani nic, ale nie działo się w nim tyle ile chciałam by się działo, a przecież nie będę pisać nie wiadomo jak długiego rozdziału. Poza tym mam pytanie: Macie pomysł jakie może być zdrobnienie od imienia Ambrell? Ja osobiście mam już jeden pomysł.

* playlista - nie tłumaczyłam tego dosłownie bo myślę, że każdy zrozumie o co chodzi. Poza tym po polsku nie brzmi to już tak fajnie.

** sms'ie - nie byłam pewna, czy to słowo się odmienia, więc z góry przepraszam jeśli to błąd.

- A




niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział 2 - ,,Witamy w Londynie''

Poczułam czyjąś dłoń potrząsającą mną lekko. Mruknęłam z niechęcią,  próbując odpędzić ją ode mnie i ponownie pogrążyć się w śnie.

- Proszę pani niedługo lądujemy. Proszę się obudzić - usłyszałam głos kobiety - Proszę pani?

- Tak już wstaję, dziękuję - uśmiechnęłam się do niej sztucznie, co  szybko odwzajemniła i odeszła budzić resztę pasażerów.  Czyli to już?? Po chwili otrząsnęłam się i zaczęłam sprzątać wszelkie plastikowe kubki i papierki od jedzenia. Obok przechodziła inna stewardessa z podręcznym koszem na śmieci, więc wsadziłam tam zbędne rzeczy, po czym spróbowałam dobudzić mojego ojca, który szykował się do ponownego zaśnięcia. Po około minucie w końcu mi się to udało i mogłam tylko w spokoju czekać, aż samolot wyląduję. Myślałam, że teraz nic nie może przeszkodzić nam w przybyciu do tego przeklętego Londynu. Myliłam się.

Wszystko zaczęło się potwornie trząść, a nade mną pojawiła się świecą za ikonka ,,zapiąć pasy''. Popatrzyłam się zdenerwowana w stronę Mike'a. On odwzajemnił moje spojrzenie bezgłośnie mówiąc: ,,Nie martw się''. Tylko jak ja mam się nie martwić? Co się dzieję? Mój brat także wyglądał na zmartwionego, chociaż próbował to ukryć.

- Drodzy pasażerowie w związku z powstałymi turbulencjami proszę o zapięcie pasów i nie otwieranie stolików przed wami - wytłumaczył głos pilota spokojnym tonem. Takim jakby nic się nie działo. Ale nie! Cholera, nie! W każdej chwili możemy umrzeć, spaść, utopić, spalić się. A on mówi do nas jakby nic, a nic się nie działo. Momentalnie zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Jednocześnie miałam wielką ochotę zwymiotować. Spojrzałam w stronę okna, próbując się trochę odstresować. Niestety nie mogłam ujrzeć nic poza gęstymi, szarymi chmurami, które zasłaniały dotychczas niebieskie niebo. W moich oczach mimo mojej woli stanęły łzy. Przeraziłam się. Tym razem popatrzyłam na moje ręce. Niesamowicie trzęsły się i pociły. Pomimo, że nie powinnam odpinać pasów szybko zrobiłam to, i pobiegłam czym prędzej do łazienki pokładowej. Pośpiesznie trzasnęłam drzwiami klęcząc nad toaletą, i próbując ,,wyrzucić'' z siebie całe jedzenie, które jadłam parę godzin temu. Mdliło mnie, a oprócz tego niesamowicie kręciło mi się w głowie. Byłam niemal pewna, że jeżeli się nie uspokoję wyląduję w szpitalu. W końcu, gdy skończyłam tamtą ,,czynność'', usiadłam przed drzwiczkami toalety opierając się o nie plecami. Kręciło mi się w głowie. Poza tym wydaję mi się, że nikt nie zauważył, iż weszłam do łazienki w trakcie, gdy powinnam spokojnie siedzieć na krześle i cierpliwie czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Minutę później samolot  niemal przestał się trząść. Przez chwilę poczułam nadzieję. To koniec? A może dopiero początek mojej powolnej śmierci? Właśnie wtedy turbulencję znów nastąpiły, i tym razem ze zdwojoną siłą. Zaczęło rzucać mną po całej łazience. Nie miałam nawet czasu by czegoś się złapać. Byłam kompletnie bezbronna, a mój dalszy los zależał od samego Boga. Uderzyłam głową.
Raz.
Drugi.
Trzeci.                                                                                                                                                                                                   Za czwartym razem przed oczami zrobiło mi się ciemno, a ja straciłam władzę nad ciałem upadając z hukiem na podłogę. Miałam mniej więcej świadomość co się dzieję, chociaż przed oczami przelatywały mi czarne mroczki znacznie utrudniając mi widzenie. Do drzwi zaczęła pukać jakaś stewardessa. Najpierw cicho. Nie odezwałam się... Później głośniej. Także się nie odezwałam... Próbując złapać oddech.

- Halo? Jest tam kto? Proszę się odezwać - pociągnęła za klamkę. Gdy tylko wchodziłam do malutkiego pomieszczenia z przyzwyczajenia zamknęłam się tam blokując przejście do mnie. Dlatego wtedy, gdy ledwo zachowywałam świadomość tego co się dzieję, byłam sam na sam z ścianami wokół mnie - Ja nie żartuję! Proszę otworzyć drzwi! Halo!? - krzyczała zdenerwowana stewardessa. Zapadła cisza, a ja już myślałam, iż kobieta zostawiła mnie na pewną śmierć, gdy po raz kolejny usłyszałam czyjeś kroki. Co nie ukrywam było trudne, ponieważ szwargot samolotu zagłuszał wszystko wokół. Ale usłyszałam.
- To te drzwi - Usłyszałam głos stewardessy. Rozległo się mocne głośne, stuknięcie. Kolejne. I kolejne, a ja powoli przestawałam nadążać z tym co się działo. Czułam tylko wielkie przyćmienie mózgowe nie pozwalające mi się ruszyć, ani chociażby czysto myśleć. Byłam w pułapce, którą przyszykował mi mój własny organizm.


 Zemdlałam. To było dziwne uczucie. Nie móc nic powiedzieć, ruszyć się czy dać jakiegokolwiek znaku, że nadal żyje. Wcześniej nic takiego mi się nie zdarzało co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło dając kolejny powód do zmartwień. Na moim czole czułam coś mokrego i zimnego. Słyszałam głosy i wiedziałam, że ktoś z kimś zawzięcie dyskutuję, nie rozumiałam z tego, jednak ani jednego słowa. Moja głowa pulsowała przysparzając mi tylko ból, a ja dalej nie nadążałam z tym co działo się wokół mnie.
- Nic jej nie jest prawda? - spytała jakaś kobieta, która siedziała po mojej lewej stronie. Albo prawej? Nie wiem. Wszystko co wtedy wiedziałam, to, to że nic nie wiedziałam. Pokręcone, prawda?

- Nie. Jej stan jest stabilny. Kto wie, może nawet nas słyszy? - powiedziała pogodnym i wesołym tonem inna kobieta. ,,Słyszę''. Chciałam krzyknąć ale zwyczajnie nie miałam na to siły.

Usłyszałam czyjś cichy głos - Skarbie, wstawaj... Musimy już iść, a ty nam nagle mdlejesz - po raz kolejny tego dnia skrzywiłam się. Ojciec. To na pewno on. Wiem, że próbował zabrzmieć, jakby w ogóle się nie przejmował, i dalej był moim wyluzowanym ojcem ale nie wychodziło mu to. Nie miałam pojęcia jak wybudzić się, aby móc z nim porozmawiać. Zaczęłam denerwować się nie potrafiąc ,,wyjść'' ze stanu w jakim właśnie przebywałam. Coś między snem, a jawą. Moje powieki nie wiadomo dlaczego jakby przykleiły się do siebie stając się niesamowicie ciężkie, co wcale nie pomagało mi w odzyskaniu przytomności.

- Dziewczynko! Słyszysz nas? - usłyszałam głos mężczyzny, którego nie znam. Mówił do mnie jakby był medium, a ja co najmniej duchem. Mruknęłam na tyle głośno ile mogłam próbując dać dla nich wszystkich znak, że jednak jeszcze żyję i nie muszą rozmawiać ze mną jakbym była nieżywa. Co swoją drogą było dość dziwne. Mruknęłam jeszcze głośniej aby ktoś zwrócił na mnie wreszcie swoją uwagę. 

- Słyszy - odezwała się jeszcze inna kobieta. Nie nadążałam już kto jest kim. Nie jestem pewna ile dokładnie zajęły mi próby odzyskania przytomności, ale około 5 minut później zaczęłam otwierać lekko swoje powieki. Jęknęłam, gdy moje oczy spotkało za jasne jak dla mnie światło. Następnie spojrzałam na swoją rękę, którą trzymała moja matka z miną jakbym była co najmniej zjawą. 

- Angela! - wrzasnął mój brat odrywając się od komórki i opiekuńczo tuląc do siebie. Nawet nie wiem dlaczego ale z moich oczu poleciało kilka łez - Bałem się już, że się nie obudzisz - z jego mimiki wywnioskowałam, iż się martwił.

- Co się stało? - spytałam nieśmiało. Jedyne co wtedy wiedziałam, to, to, iż lecieliśmy samolotem, i to, że w trakcje zemdlałam. 

- W trakcje turbulencji wstałaś i pobiegłaś do łazienki zamykając się w niej - wtedy jakby mnie olśniło. Przypomniałam sobie strach, który czułam i zorientowałam się, że samolot się już nie trzęsie. Myślę, że nawet może znajdować się już na powierzchni ziemi.

- Angelino - zwróciła się do mnie jakaś kobieta, której nie znałam - Musisz teraz dużo pić, aby zregenerować siły, i najlepiej by było, gdyby ktoś poniósł przez jakiś czas twoją walizkę - z tego o czym do mnie mówiła wywnioskowałam, że była lekarzem. Pośpiesznie chcąc przestać zwracać na siebie takiej uwagi wstałam chcąc odejść stamtąd jak najdalej. Niestety zakręciło mi się w głowie i po raz kolejny spadłam na podłogę lekko się przy tym obijając. 

- Auć - jęknęłam dłonią pocierając swoje plecy. Natychmiast podbiegł do mnie Mike podnosząc mnie, i trzymając mocno przy sobie. Może jest najbardziej wkurzającą osobą na świecie ale mimo to, i tak go kocham.  

- Skoro już wstałaś możemy iść. Zbieraj się - odparła moja matka nawet na mnie nie patrząc - Tam jest twoja walizka - palcem wskazała na przedmiot. Przyjrzałam się jej uważnie. Wyglądała jakby w ogóle nie obchodziło ją to, że chwilę wcześniej zemdlałam. Ona zwyczajnie kazała mi wziąć swoje rzeczy i podążyć za nią. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej, chciała jak najszybciej stąd odejść, tak jakby się gdzieś okropnie spieszyła. Powoli podchodziłam już do bagażu, gdy wyprzedził mnie mój ojciec zabierając go zręcznie, jednocześnie wysyłając mi groźne spojrzenie, które oznaczać miało, iż mam jej nie dotykać. Ja tylko podążyłam za nim musząc znosić spojrzenie mojej rodzicielki, które uświadamiało mi, że jestem dla niej piątym kołem u wozu. Z czasem się do tego przyzwyczaiła. Te ciągłe zawiedzenie się mną. W końcu przestałam zwyczajnie zwracać na to uwagę. Spuściłam głowę podążając za całą moją rodziną. Wszyscy milczeli za pewne nie chcąc denerwować mojej matki.

Wraz z rodziną szłam przez zatłoczone lotnisko. Moje uszy zaatakował brytyjski akcent jaki znajdował się u prawie wszystkich ludzi w budynku. Nie bolała mnie głowa i czułam się o wiele lepiej, jednak nie zmieniało to tego, że od tych wszystkich głosów naraz można było zwariować. Najgłośniej słychać było, jednak szuranie kółek od walizek. Walizek, które znajdywały się wszędzie wokół. Z lewej,  z prawej, z przodu, z tyłu. Ogłaszam to nowym najbardziej irytującym dźwiękiem wszechczasów, amen. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, aż natrafiliśmy na kontrolę paszportów. Tam nie było żadnych problemów. Odebraliśmy jeszcze resztę naszych bagaży, po czym skierowaliśmy się jak najszybciej w stronę drzwi wyjściowych.

Chmury. Wszędzie chmury. Gęste. Czarne, bądź szare. Do tego padał deszcz. Pogoda do kitu, nie będę kłamać. Ale właśnie tego się spodziewałam. Obok nas stał wielki bilbord z napisem: ,,Witamy w Londynie''. Na lotniskowym parkingu znajdowało się wiele różnorodnych pojazdów. Nagle przypomniałam sobie, że przecież samochody moich rodziców zostały w USA, i zapewne nie mamy czym przejechać się do naszego nowego domu.

- Mamo? - odważyłam się odezwać - Tak właściwie czym my będziemy jechać? Przecież auta zostawiliśmy w Ameryce - przypomniałam.

- Co za problem do kogoś zadzwonić i to załatwić? Twoja ciotka będzie czekała gdzieś... - na chwile się zamyśliła - Tam! - niemal wykrzyczała. Minutę później siedzieliśmy już w wielkim samochodzie, wraz z moją ciotką, której nie miałam czasu nawet poznać. Muszę przestać dawać sobie wreszcie tą fałszywą nadzieję, iż wrócimy do mojego ukochanego Nowego Yorku.  To koniec. Jestem w Londynie i tu właśnie będę mieszkać przez dłuższy czas, i nawet jeśli chcę to zmienić nie mam wyboru. Muszę się przyzwyczaić. Westchnęłam patrząc się ze smutkiem przez okno i wycierając kolejne tego dnia łzy.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 UWAGA, JEŻELI WIDZISZ JAKIŚ BŁĄD NAPISZ DO MNIE W WIADOMOŚCIACH PRYWATNYCH, BĄDŹ KOMENTARZU!

 Witam wszystkich śledzących losy Angeliny, a także tych, których dopiero tu przywiało. Ale wracając... Dziękuję za KAŻDY ale to KAŻDY komentarz. Każdą gwiazdkę, i każde polecenie mojego opowiadania. Wiem, że nie jestem idealna i na pewno idealne nie jest te opowiadanie ale i tak to bardzo miło, iż ktokolwiek czyta to co tutaj publikuję. Ale dobrze, ja kończę. Mam nadzieję, iż nie zawiedliście  się na drugim już rozdziale Forever. ;) 

- A



sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 1 - ,,Nowe życie, nowa gra''

 Usłyszałam bezlitosny budzik, który najwyraźniej nie zamierzał przestać brzęczeć. Ociężale nałożyłam moje białe, puszyste kapcie i podeszłam do urządzenia w zamiarze wyłączenia go. Kolejny męczący dzień. Zabrałam z krzesła wcześniej uszykowany zestaw ciuchów i niepewnym krokiem weszłam do łazienki. A może jeszcze trochę pośpię, a moja rodzina wyjedzie beze mnie? To zbyt piękne, by było prawdziwe. Po chwili rozkoszowałam się już chłodnym i orzeźwiającym natryskiem. Kroplami wolno spływającymi po moim ciele. Prysznice to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogły powstać. Można wejść i zrelaksować się, zapominając o całym bożym świecie. Pięć minut później wysuszyłam się i ubrałam. Gdy skończyłam, zbiegłam po schodach do kuchni, gdzie czekała na mnie reszta rodziny. Mama miała na sobie lekki makijaż, zakrywający jej ledwo widoczne, niedoskonałości, czarną spódnicę do kolan i białą koszulę. Wyglądała jakby za chwilę miała mieć jakieś ważne spotkanie, jednak dla niej była to codzienność. Ojciec ubraną miał na sobie czarną koszulkę z logo jego firmy, a pod jego oczami widniały ciemne cienie od zmęczenia. Michael - mój brat, w przeciwieństwie do mnie, wyglądał jakby nie spał od tygodnia. Wczorajszą noc spędził na płaczu i użalaniu się, więc nie dziwiłam się, że wyglądał tak, a nie inaczej. W myślach dziękowałam Bogu, że nikt nic nie mówił, a my w spokoju mogliśmy konsumować jedzenie. Na szczęście moja mama postanowiła zniszczyć tą bezpieczną dla nas sferę. Czujecie ten sarkazm?

- To... Cieszycie się...? - spytała niezręcznie moja matka. Niestety nie tędy droga. Mój brat, jakby zniesmaczony, rzucił mocno widelcem o talerz i odszedł od stołu, pozostawiając po sobie tylko brzęk po uderzeniu sztućca. Trzydziestodziewięcioletnia kobieta, jakby wcale nie spodziewała się tego wybuchu, siedziała z rozdziawioną buzią wytrzeszczając swoje niebiesko-zielone oczy. Chyba miała zamiar coś jeszcze powiedzieć, jednak pozostała przy cichym, ledwo słyszalnym przekleństwie. Chwilę później znów krzątała się gdzieś po kuchni, czegoś zapewne szukając. Szybko zjadłam śniadanie, po czym zniknęłam na górze.

 Pudła. Dużo wszelakich pudeł i pudełeczek porozrzucanych po całym moim pokoju. ,,Zdjęcia'',  ,,Ubrania 1'', ,,Ubrania 2'', ,,Filmy'', ,,Książki 1'', ,,Książki 2'', ,,Książki 3'', ,,Książki 4''. Miałam multum książek, więc to ich było najwięcej. Już od dziecka rodzice uczyli mnie je szanować i traktować niczym skarb. Książki były moimi jedynymi przyjaciółmi już od lat dziecięcych. Po takim czasie moja kolekcja ledwo mieściła się w trzech olbrzymich pudłach. W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze tylko łóżko i jakaś komoda, którą zresztą zamierzałam sprzedać.  Niczym zahipnotyzowana przyglądałam się ścianom wokół mnie zastanawiając się, jak ja ,typowa amerykanka, odnajdę się w Anglii. Przecież to kompletnie inny świat! Z tego co słyszałam, jest tam chorobliwie zimno, poza tym czytałam wiele historii kryminalnych rozgrywających się właśnie w Brytanii i jestem pewna, że przez pierwszy tydzień nie wyjdę z łóżka bojąc się, że ktoś mnie napadnie. Co prawda słyszałam także wiele pozytywnych historii o tym, jak ludzie są tam uprzejmi i mili, ale wydawały mi się one skoloryzowane lub zwyczajnie zmyślone. Bo nie oszukujmy się - kto tak nagle, bez powodu, podchodzi do jakiejś babci przeprowadzając ją przez ulicę, następnie pomagając zanieść jej zakupy do domu, od razu płacąc za nie i spóźniając się do własnej pracy? Raczej nikt.

Drzwi od mojego pokoju się uchyliły, a ja zobaczyłam w nich mojego ojca. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Zazwyczaj nie wchodził w ogóle do mojego pokoju, a jeśli już to zawsze pukał. Mężczyzna widząc moje zmieszanie odezwał się:

- Przyszedłem znieść na dół te pudła - wyjaśnił - No wiesz... To praca wyłącznie dla mężczyzn - Uderzył swoją pięścią w klatkę piersiową próbując zażartować. Gdy tata nie zauważył na mojej twarzy uśmiechu, zasmucił się, więc aby poprawić mu humor sztucznie uśmiechnęłam się do niego. Brunet tylko podszedł do pudełek i nic nie mówiąc wziął jedno wychodząc szybko z pomieszczenia. Opadłam na łóżko wdychając ten specyficzny zapach, jaki zawsze panował w moim pokoju. Uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie nigdy więcej tego zapachu nie poczuję. Nigdy więcej nie zasnę w moim łóżku wśród kolorowych i puchatych poduszek, a także nigdy ponownie nie usiądę na parapecie przy oknie wśród znienawidzonych firanek. Właściwie nigdy nie zrobię już nic co robiłam do tej pory, a moje życie najprawdopodobniej obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale mam przeczucie, że nie będzie to dobra zmiana.

- Rzeczy załadowane - powiadomił moją rodzicielkę jeden z pracowników ciężarówki, która miała zawieść nasze rzeczy na lotnisko, a z lotniska prosto do samolotu.

- Wspaniale, czy mój mąż przekazał już państwu pieniądze? - spytała z sztucznym uśmiechem kobieta, delikatnie poprawiając włosy i bluzkę.

- Jakąś godzinę temu - odpowiedział jej mężczyzna z równie sztucznym wyszczerzeniem na twarzy. Od tej słabej gry aktorskiej miałam ochotę zwrócić moje śniadanie, więc zwyczajnie odwróciłam wzrok.

- Wspaniale - powtórzyła po raz kolejny blond-włosa, po czym stukając obcasami o chodnik odeszła w głąb domu, zapewne by po raz kolejny sprawdzić, czy wszystko dopięte jest na ostatni guzik.

Siedziałam w dość dużym czarnym samochodzie pogrążona w myślach. Obok mnie siedział Mike SMS-ując z kimś zawzięcie. Przypuszczam, że z Marlene, jego dziewczyną. Biedna, kiedy tylko dowiedziała się, że nastolatek musi wyjechać desperacko błagała go, by z nią nie zrywał i aby nie urywał z nią kontaktów. W końcu udało jej się przekonać chłopaka związkiem na odległość, choć doskonale wiem, że sam Michael w to nie wierzy. Gdy on SMS-ował z Marlene, ja spoglądałam przez szybę podziwiając wszystko wokół i pozwalając moim obawom wyjść z ukrycia i  opanować mój umysł.

W trakcie lotu pilot może stracić kontrolę nad samolotem. Maszyna zacznie spadać, po czym rozbiję się na kawałki uderzając o jakąś skałę i paląc się jednocześnie. Mniej więcej tak wyobrażam sobie ten lot. Może zbytnio się denerwuję? Przecież codziennie tyle ludzi leci gdzieś samolotem. Tylko nieliczne się psują. Tylko nieliczne spadają, powodując śmierć tysięcy ludzi. Tylko nieliczne ostatecznie lądują, tak jak wspomniałam wcześniej.

- To co, kochani? Gotowi? - spytała moja matka trzaskając drzwiami samochodu. Mruknęłam coś pod nosem, a Mike nie zauważył nawet, że kobieta weszła już do środka. Auto ruszyło. Aby nie słyszeć moich irytujących rodziców w uszy wsadziłam słuchawki odpalając na mojej komórce muzykę i słuchając ją, aż do dotarcia na miejsce.

Lekko przestraszona spoglądałam przez okno samolotu, próbując wsłuchać się w tekst jakiejś dennej piosenki, która leciała w tej chwili na mojej komórce.

- Wszystkich pasażerów prosimy o zapięcie pasów. Samolot startuję za trzy minuty - oznajmił głos którejś ze stewardess. Posłusznie wykonałam polecenie nadane przez kobietę. - Przypominam także, że w trakcje lotu całkowicie zakazane jest palenie papierosów, a także spożywanie alkoholu niezakupionego na pokładzie samolotu. Za chwilę startujemy, dla tego proszę o wyłączenie wszelkich telefonów i tabletów, bądź jeśli znajdzie się taka możliwość ustawienie trybu samolotowego na urządzeniu. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego lotu!

Moja głowa opadła zmęczona na fotel. Zamknięta od ośmiu do dziewięciu godzin w urządzeniu, któremu w żadnym stopniu nie ufam. Wspaniale. Nie wyobrażałam sobie co mogłabym robić przez cały ten czas. Chyba jedyne, na co mogę teraz liczyć to, to, że jakoś przeżyję na czytaniu książek, jedzeniu i spaniu. Tak, to był dobry pomysł.

- Angelinco - odezwał się mój tata szturchając mnie lekko. Och, jak ja bardzo nienawidzę tego zdrobnienia. Szybko wyjęłam słuchawki z moich uszu. - Chcesz coś do jedzenia? To naprawdę długa podróż, a ja nie chcę abyś...

- Nie trzeba. Nie jestem głodna - wytłumaczyłam trochę zbyt szybko. Ojciec spojrzał na mnie krzywo.

- Angelica, dobrze wiesz co myślimy o tych twoich ,, dietach cud'' - Ze złości ścisnęłam moje pięści zaciskając je na oparciu krzesła.  

- Nie o to chodzi - warknęłam nieprzyjaźnie do mężczyzny, który był raczej zaskoczony moim wybuchem. - Zwyczajnie nie jestem głodna - wysyczałam, po czym zdenerwowana odwróciłam się z powrotem w stronę okna w myślach odliczając do stu i po raz kolejny wtykając w uszy słuchawki od telefonu. To będzie długa i męcząca podróż. Czuję to.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kochani bardzo przepraszam i choć chciałabym by ten rozdział jako PIERWSZY okazał się żywy, pełen akcji i wciągający ale jest to taka historia, że po prostu NIE MOGŁAM wprowadzić od razu wszystkiego na raz, bo historia rozwinęła by się zbyt szybko, a tego w wszelkich powieściach osobiście nie cierpię. Ale muszę przyznać, że wszystko zależy od rodzaju opowieści. No cóż ja kończę. Pamiętajcie komentujcie! To bardzo motywuje!

- Buziaki April


Prolog - ,,Wśród tysięcy gwiazd''

 Tak więc może się przedstawię. Jestem Angelica i mam siedemnaście lat. Pewnie oczekujesz, że oczaruję cię teraz piękną historią miłosną z ,,happy endem'', prawda? Otóż niezupełnie. Miłość to zbyt poważne i zbyt przereklamowane słowo.

 Dwudziesty ósmy sierpnia, dzień mojej przeprowadzki. Opuszczam mój ukochany Nowy Jork i ruszam do ponurego Londynu. Teraz zapewne chcesz wiedzieć co robię. Nie, nie spędzam czasu z przyjaciółmi. Nie, nie wylewam łez w koszulkę jakiegoś chłopaka. I nie, nie pocieszam brata z powodu smutku do tego, co musi tu zostawić. Zostawić kochającą dziewczynę, przyjaciół, dla których jest on kimś ważnym. A co ze mną? Jestem tylko cichą, nie wychylającą się z tłumu szatynką, której życie oparte jest na ciągłej rutynie i nudzie. Tak, więc nie dokończyłam pytania, nie dałam odpowiedzi. Siedzę na parapecie okna ze znienawidzonymi przeze mnie firankami i wpatruję się w niebo. Niebo, które wydaje się być jak pewien ratunek od rzeczywistości.

Miejsce bez smutku, bez żadnych trosk. Tam wśród gwiazd wraz z... No właśnie. Tam jestem sama. Ale to bez znaczenia, bo wśród nich jesteś ,,kimś''. Częścią tego wspaniałego wymiaru. Gwiazdy migotały, dając niebu piękny połysk. Rogalikowaty księżyc dopełniał ten obraz niczym z bajki. Choć, przyznam - myliłam się. Nie jestem sama. Jest ze mną moja fantazja, gwiazdy i cisza. Nienaruszona niczym nie spożyty jeszcze chleb. Nie płaczę, bo przecież nie mam powodu. Nie choruję, nie głoduję, nie tracę, nie umieram. Chociaż wiem, że z każdą chwilą bliżej mi do śmierci.

Moje przemyślenia przerwał dotyk na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko, jednocześnie odwracając do źródła krótkiego muśnięcia. To, co zobaczyłam, było przygnębiające. Czerwona i mokra od płaczu twarz mojego brata było widoczna nawet w ciemności.

- Idź spać - odparł tak chłodno, że dostałam gęsiej skórki. Nie chciałam dyskutować i jeszcze bardziej denerwować chłopaka, więc zeskoczyłam z parapetu, po czym niczym robot ruszyłam do łazienki. Zmyłam makijaż zdobiący moją twarz, a także wzięłam prysznic i umyłam dokładnie zęby.  W końcu, gotowa do zrealizowania polecenia nadanego od mojego brata, wpełzłam pod kołdrę. Nie spałam. Po mojej głowie chodziły myśli: ,,Co gdyby...?''. Powstawały nowe czarne jak i kolorowe scenariusze.

Coraz bardziej zmęczona ograniczałam rozmyślania przymykając oczy. W końcu zapadłam w głęboki sen.

Dobranoc.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Oto prolog, który napisałam... Uwaga! Prawie rok temu. Długo zastanawiałam się czy go tu opublikować i w końcu proszę oto prolog. Osobiście mi się bardzo podoba, choć jest dość krótki. Te opowiadanie traktuję na prawdę na poważnie, a rozdziały wstawiać będę kiedy zwyczajnie znajdę inspirację i kiedy będą one w pełni gotowe. Nie oznacza to, jednak, że tą oto powieść będę zaniedbywać. Mam nadzieję, że prolog wam się spodobał. Zostawiajcie komentarze z opiniami i pierwszymi wrażeniami. To dla mnie bardzo ważne.

- A


środa, 20 kwietnia 2016