Po około dwudziestu minutach byliśmy już na miejscu. Wokół mnie znajdowały się wielkie budynki, a przed nami stały trzy ławki ustawione na tej samej poziomej linii chodniku. Nie było to jakieś specjalne miejsce. Nie wyróżniało się właściwie niczym specjalnym, co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło.
- To dość zwyczajne miejsce, po co dziewczyna miałaby mnie tu przyprowadzać? - w myślach spytałam się samej siebie, nieświadomie marszcząc brwi
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - spytałam w końcu, rozglądając się wokół.
- Tak właściwie, to chciałam tylko zapalić - odpowiedziała szczerze dziewczyna, wyciągając papierosa z kieszeni swoich jeansów - A moi starzy zabiliby mnie, gdybym zrobiła to w środku - dokończyła obojętnie, po czym zaczęła szukać zapalniczki.
- Oh... - mruknęłam do siebie, czując się niczym piąte koło u wozu. - Jasne - odparłam czując się lekko niezręcznie, nie widząc, co ze sobą zrobić. Blondynka w końcu znalazła zapalniczkę i podpaliła ,,szluga'' za chwilę się nim zaciągając.
- Chcesz? - spytała się Ambrell, wyciągając dłoń z papierosem w moją stronę.
- Nie palę - odpowiedziałam jej, a dziewczyna spojrzała się na mnie jak na kosmitę, jednak chwilę później wróciła do palenia, nie komentując tego co jej powiedziałam.
- Powiedź mi, dlaczego wasza rodzina, od tak przeprowadziła się do Londynu? To trochę dziwne - skrzywiła się, kolejny raz wciągając przez usta szkodliwą substancję.
- Nawet bardzo. W Ameryce nawet nam się układało. Właściwie rodzicom, ale nagle dostali jakieś kilku miesięczne zlecenie w Londynie i postanowili, że możemy rok spędzić w Anglii. Podobno to miało tylko polepszyć naszą sytuację - tłumaczyłam wolno, w środku gotując się ze złości, gdy o tym mówiłam.
- Nie mogli zostawić was w domu? Z tego co wiem Michael jest pełnoletni
- Rodzice uważają, że jesteśmy zbyt nieodpowiedzialni - westchnęłam.
- Cóż, z tego co wiem dwoje jesteście sztywni, więc raczej problemu by nie było - odparła szczerze.
Nie, że jakoś specjalnie mnie to obchodziło, ale poczułam lekkie kłucie w sercu. Nie sądziłam, że za taką mnie miała. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Miałam nudne życie, nie byłam też specjalnie rozrywkową osobą, więc Ambrell ma chyba powód by nazwać mnie sztywną, prawda?
- Walić to - pomyślałam.
- Mogę? - skinęłam głową w stronę papierosa. Nigdy nie paliłam, ale jak to się mówi: ,,Zawsze musi być ten pierwszy raz'', więc postanowiłam chociaż to mieć już z głowy.
- N-no jasne... - mruknęła podając mi mały przedmiot. Przez chwilę patrzyłam się na niego, po czym zaczęłam powolutku zbliżać go do moich ust, wahając się czy wziąć przedmiot do buzi, czy nie.
- Pierwszy raz? - spytała, a ja tylko pokiwałam głową przez co dziewczyna się roześmiała.
- Jesteś taka niewinna - zachichotała. - Popatrz na mnie, a później spróbuj to powtórzyć, dobrze?
- Okey - Amrell przyłożyła papierosa do buzi, wciągnęła w siebie dym, po czym z gracją wypuściła go. - Teraz ty - podała mi go. Zrobiłam dokładnie to samo tylko zamiast z gracją się zaciągnąć, ja ledwo wciągnęłam dym, po czym zaczęłam okropnie kaszleć i udusić się, a do tego nie wiadomo czemu z oczu wyleciało mi parę łez.
- No prawie - roześmiała się głośno - Nie martw się, z czasem zdobędziesz wprawę - mrugnęła do mnie żartobliwie dalej się śmiejąc. Podałam jej papieros, a jej uśmiech wybladł, choć nie wiedziałam właściwie dla czego.
- A co z przyjaciółmi? Nie tęsknisz? - zapytała marszcząc brwi i kolejny raz nawiązując do przyjazdu naszej rodziny do Londynu. Ja tylko przegryzłam nerwowo wargę, nie wiedząc co mogłam odpowiedzieć.
- Ja... - nie mogłam powiedzieć jej, że ich nie miałam. Wzięłaby mnie za jakąś wariatkę. Kolejny raz pojawiła się sztuczność, ale co innego mogłam zrobić oprócz skłamania jej prosto w twarz?
- Tęsknie, ale co ja mogę zrobić? Już tu jestem. Nie ma odwrotu - te słowa w moich ustach brzmiały dziwnie, zdecydowanie w głowie lepiej to szło.
- To też racja - rzuciła wypalony papieros na ziemie, po czym zdeptała go nogą. - Wracamy? Robi się zimno
- Nie możemy zostać tu jeszcze chwileczkę? Wydaję mi się, że nie chce wracać do tego tłumu - powiedziałam, lekko rozbawiona. *Ambrelly pokiwała głową zgadzając się.
- Właśnie - po chwili ciszy, odparła dziewczyna obok mnie - Wiesz, że będziesz chodzić ze mną do tej samej szkoły? Kto wie, może nawet do tej samej klasy - uśmiechnęła się przyjaźnie, unosząc brwi, jeżeli można w ogóle unieść brew ,,przyjaźnie''.
- Oh, to byłoby miłe. No wiesz, oprócz ciebie nie znam tu właściwie nikogo - zachichotałam niezręcznie. Nie byłam osobą lubiącą przebywać z wieloma osobami, nie byłam osobą, w ogóle lubiącą przebywać z kimkolwiek.
Nie, nie jestem kolejną szarą myszką i chociaż zdarza mi się czasem być naprawdę nieśmiałą, jeśli trzeba potrafię się postawić.
- Oczywiście, ale nie martw się. Jak znam życie w pierwszy dzień poznasz tysiące osób, z których zapamiętasz imiona tylko paru - zażartowała. Nagle z kieszeni jej jeansów wydobył się dźwięk przychodzącej wiadomości. Ambrell szybko wyciągnęła komórkę i spojrzała na jej ekran, cicho przeklinając.
- Cholera, musimy wracać. Starzy zorientowali się, że nas nie ma - opowiedziała znudzona i jednocześnie zirytowana.
Byłam ciekawa, czy mówi tak do nich naprawdę, twarzą w twarz, czy może tylko przy znajomych. Gdybym osobiście powiedziała tak do moich rodziców, zapewne miałabym niezłe kłopoty.
- Halo? - przeciągnęła dziewczyna pojawiając się przede mną i machając mi dłonią przed twarzą - Angelica! Już drugi raz się tak zamyśliłaś. Stało się coś? - spytała podejrzliwie.
- Oczywiście, że nie - zaprotestowałam z fałszywym uśmiechem - To po prostu... Z nerwów - wymyśliłam na poczekaniu. Blondynka chyba mi uwierzyła, bo o nic więcej nie pytała tylko zwyczajnie wróciła wraz ze mną do jej domu.
- Mike - Ambrell zwróciła się do mojego brata - Chcesz rozejrzeć się po domu? - spytała lekko przegryzając wargę i mogłabym przysiądź, że dziewczyna próbowała z nim flirtować. Była bardzo blisko, a jej palec kreślił nieokreślone kształty na koszuli Michael'a. Spróbowałam to zignorować i zwyczajnie ruszyłam w stronę babci. To było naprawdę dziwne nazywać tak kobietę, którą widziałam raptem parę razy. Jak byłam dzieckiem wmówiłam sobie, że skoro moja babcia z Anglii nie przyjeżdżała do mnie do Ameryki, to nie była moją prawdziwą babcią. Tak było łatwiej.
Po chwili, gdy mój brat wraz z Ambrell zniknęli ja zostałam sam na sam z moją ,,babcią''.
- Hej...Mmm...Babciu? - zwróciłam się do niej niezręcznie. Kobieta odwróciła się w moją stronę.
- Tak, skarbie? - spytała uśmiechając się, tak jakby właśnie wygrała miliard dolarów. Och, przepraszam to Anglia. Tak, jakby właśnie wygrała miliard funtów.
- Właściwie, chciałam ci pomóc - wyjąkałam zdziwiona tym jak bardzo przyjaźnie jest do mnie nastawiona, choć ja zbytnio się do niej nie zbliżałam, ani nie rozmawiałam z nią.
- Nie trzeba! Chyba nie myślisz, że jestem tak bardzo stara, aby nie dawać sobie rady w zmywaniu naczyń, prawda?
- Oczywiście, że nie, ale cztery ręce, są bardziej przydatne od dwóch, prawda? - tak samo uśmiechnęłam się do niej. Jednak tym razem prawdziwie.
- Racja - na chwilę się zamyśliła - Skoro tak, ja zajmę się tymi naczyniami - powiedziała wskazując na jedną stertę talerzy - A ty tymi
Razem czyściłyśmy różne miski, talerze i kubki, równocześnie rozmawiając jak wieloletnie przyjaciółki. Zdziwiło mnie to niesamowicie, jak optymistycznie nastawiona do świata była starsza kobieta.
Może Brytyjczycy faktycznie są tak kulturalni, jak mówili inni ludzie?
- Masz kogoś może na oku? - zapytała mnie nagle babcia, przez co ledwo nie zadławiłam się powietrzem.
- Ja? Nie, nie interesują mnie związki. Wole skupić się na nauce - wyjawiłam. Od dzieciństwa wpajano mi, że jestem przyszłością rodziny, że najważniejsza jest nauka, że jest ważniejsza od wszystkiego innego i tak właśnie rodzice postanowili, że zostanę adwokatem.
- Słusznie, a co z twoim bratem? Wyrwał już jakąś dziewczynę? - zażartowała.
- Tak jakby. Ma dziewczynę Marlene, ale nie wydaję mi się, że to się im uda
- Dlaczego?
- Mieszkają tysiące kilometrów od siebie. Jak to w ogóle mogłoby się udać?
- Listy i te... Mmm.... - na chwilę się zastanowiła - SYMS? MSM?
- Chodzi ci o SMS'y? - spytałam domyślając się co chciała mi przekazać.
- Tak, właśnie. SMS'y - odparła - A co z nimi? - spytała mnie, kończąc myć kolejny kubek.
- To nie takie łatwe - westchnęłam - Ani jedno, ani drugie nie wie, co może się dziać za ich plecami. Poza tym Anglia i Ameryka mają inne strefy czasowe - wytłumaczyłam staruszce.
- Gotowa na jutrzejszy dzień? - Pani Hemingway próbowała podtrzymać rozmowę, zmieniając temat.
- Jutro? Co jest jutro? -zdziwiłam się na chwilę zapominając, że jest już trzydziesty pierwszy.
- Twój pierwszy dzień szkoły w Londynie - wtedy uśmiech na mojej twarzy, zastąpiło zmartwienie, kobieta jakby wyczuwając,co czuję odezwała się:
- Nie martw się, ludzie w Anglii są bardzo mili. Na pewno znajdziesz sobie tutaj wielu przyjaciół - pocieszyła mnie.
- Mam nadzieję - mruknęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś? - odwróciła się w moją stronę.
- Nie - odpowiedziałam i wróciłam do zmywania. Zostały mi tylko dwa talerze i jedna miska.
- Angelica! - rozbrzmiał głos mojej matki - Wracamy! - krzyknęła tonem nie do sprzeciwu. Zdziwiłam się, bo przecież tak dobrze szło, wszyscy spokojnie rozmawiali, nie było żadnych kłótni. Gdy nagle matka oznajmiła, że wracamy, choć mieliśmy zostać tam jeszcze koło dwóch godzin. Nie chcąc denerwować matki o nic nie pytałam.
Tak jak wcześniej wspomniałam nasz dom znajduję się pięć minut stamtąd, więc około pięć minut później mogłam już spokojnie pójść do pokoju, bez obawy, że wtargnie tu ktoś z pytaniami co do mojej osoby. Wiedziałam, że muszę przygotować się do szkoły, ale ta wizja mnie tutaj dalej do mnie docierała. Zapewne na początku nie będę w stanie z nikim porozmawiać. Często tak mam, że ze stresu nie mogę nic powiedzieć. To tak jakby ktoś na chwilę zszył mi gardło i usta, nie pozwalając się odezwać. Ludzie w Nowym Yorku myśleli albo, że jestem dziwna, albo niesamowicie nieśmiała. Postanowiłam, że przeczytam jakąś książkę. Książki to taka ucieczka od świata, nie ucieknę na zawsze, nie da się, ale chyba chwila w innym świecie by mi nie zaszkodziła, prawda? Tak, więc wzięłam pierwszą lepszą nie zaczętą książkę, po czym pogrążyłam się w lekturze. Czytałam koło dwóch godzin, gdy zwyczajnie usnęłam z książką położoną na głowie, co swoją drogą musiało wyglądać komicznie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Ambrelly, Ambby - skróty i zdrobnienia od imienia Ambrell oraz Rebel to przezwisko Ambrell wśród jej znajomych :)
Witam wszystkich!
Od razu przepraszam. Jak na razie może wydawać się nudno, ale chcę na razie przedstawić wam rodzinę głównej bohaterki, samą ją i sytuację w jakiej się znajduję. Mam nadzieję, że następny rozdział wyjdzie taki jaki chcę by wyszedł abyście się nie nudzili ;) Tak poza tym, kto się cieszy, że w następnym rozdziale będzie przedstawiony pierwszy dzień Angelicy w pewnej Londyńskiej szkole?
- A
- To dość zwyczajne miejsce, po co dziewczyna miałaby mnie tu przyprowadzać? - w myślach spytałam się samej siebie, nieświadomie marszcząc brwi
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - spytałam w końcu, rozglądając się wokół.
- Tak właściwie, to chciałam tylko zapalić - odpowiedziała szczerze dziewczyna, wyciągając papierosa z kieszeni swoich jeansów - A moi starzy zabiliby mnie, gdybym zrobiła to w środku - dokończyła obojętnie, po czym zaczęła szukać zapalniczki.
- Oh... - mruknęłam do siebie, czując się niczym piąte koło u wozu. - Jasne - odparłam czując się lekko niezręcznie, nie widząc, co ze sobą zrobić. Blondynka w końcu znalazła zapalniczkę i podpaliła ,,szluga'' za chwilę się nim zaciągając.
- Chcesz? - spytała się Ambrell, wyciągając dłoń z papierosem w moją stronę.
- Nie palę - odpowiedziałam jej, a dziewczyna spojrzała się na mnie jak na kosmitę, jednak chwilę później wróciła do palenia, nie komentując tego co jej powiedziałam.
- Powiedź mi, dlaczego wasza rodzina, od tak przeprowadziła się do Londynu? To trochę dziwne - skrzywiła się, kolejny raz wciągając przez usta szkodliwą substancję.
- Nawet bardzo. W Ameryce nawet nam się układało. Właściwie rodzicom, ale nagle dostali jakieś kilku miesięczne zlecenie w Londynie i postanowili, że możemy rok spędzić w Anglii. Podobno to miało tylko polepszyć naszą sytuację - tłumaczyłam wolno, w środku gotując się ze złości, gdy o tym mówiłam.
- Nie mogli zostawić was w domu? Z tego co wiem Michael jest pełnoletni
- Rodzice uważają, że jesteśmy zbyt nieodpowiedzialni - westchnęłam.
- Cóż, z tego co wiem dwoje jesteście sztywni, więc raczej problemu by nie było - odparła szczerze.
Nie, że jakoś specjalnie mnie to obchodziło, ale poczułam lekkie kłucie w sercu. Nie sądziłam, że za taką mnie miała. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Miałam nudne życie, nie byłam też specjalnie rozrywkową osobą, więc Ambrell ma chyba powód by nazwać mnie sztywną, prawda?
- Walić to - pomyślałam.
- Mogę? - skinęłam głową w stronę papierosa. Nigdy nie paliłam, ale jak to się mówi: ,,Zawsze musi być ten pierwszy raz'', więc postanowiłam chociaż to mieć już z głowy.
- N-no jasne... - mruknęła podając mi mały przedmiot. Przez chwilę patrzyłam się na niego, po czym zaczęłam powolutku zbliżać go do moich ust, wahając się czy wziąć przedmiot do buzi, czy nie.
- Pierwszy raz? - spytała, a ja tylko pokiwałam głową przez co dziewczyna się roześmiała.
- Jesteś taka niewinna - zachichotała. - Popatrz na mnie, a później spróbuj to powtórzyć, dobrze?
- Okey - Amrell przyłożyła papierosa do buzi, wciągnęła w siebie dym, po czym z gracją wypuściła go. - Teraz ty - podała mi go. Zrobiłam dokładnie to samo tylko zamiast z gracją się zaciągnąć, ja ledwo wciągnęłam dym, po czym zaczęłam okropnie kaszleć i udusić się, a do tego nie wiadomo czemu z oczu wyleciało mi parę łez.
- No prawie - roześmiała się głośno - Nie martw się, z czasem zdobędziesz wprawę - mrugnęła do mnie żartobliwie dalej się śmiejąc. Podałam jej papieros, a jej uśmiech wybladł, choć nie wiedziałam właściwie dla czego.
- A co z przyjaciółmi? Nie tęsknisz? - zapytała marszcząc brwi i kolejny raz nawiązując do przyjazdu naszej rodziny do Londynu. Ja tylko przegryzłam nerwowo wargę, nie wiedząc co mogłam odpowiedzieć.
- Ja... - nie mogłam powiedzieć jej, że ich nie miałam. Wzięłaby mnie za jakąś wariatkę. Kolejny raz pojawiła się sztuczność, ale co innego mogłam zrobić oprócz skłamania jej prosto w twarz?
- Tęsknie, ale co ja mogę zrobić? Już tu jestem. Nie ma odwrotu - te słowa w moich ustach brzmiały dziwnie, zdecydowanie w głowie lepiej to szło.
- To też racja - rzuciła wypalony papieros na ziemie, po czym zdeptała go nogą. - Wracamy? Robi się zimno
- Nie możemy zostać tu jeszcze chwileczkę? Wydaję mi się, że nie chce wracać do tego tłumu - powiedziałam, lekko rozbawiona. *Ambrelly pokiwała głową zgadzając się.
- Właśnie - po chwili ciszy, odparła dziewczyna obok mnie - Wiesz, że będziesz chodzić ze mną do tej samej szkoły? Kto wie, może nawet do tej samej klasy - uśmiechnęła się przyjaźnie, unosząc brwi, jeżeli można w ogóle unieść brew ,,przyjaźnie''.
- Oh, to byłoby miłe. No wiesz, oprócz ciebie nie znam tu właściwie nikogo - zachichotałam niezręcznie. Nie byłam osobą lubiącą przebywać z wieloma osobami, nie byłam osobą, w ogóle lubiącą przebywać z kimkolwiek.
Nie, nie jestem kolejną szarą myszką i chociaż zdarza mi się czasem być naprawdę nieśmiałą, jeśli trzeba potrafię się postawić.
- Oczywiście, ale nie martw się. Jak znam życie w pierwszy dzień poznasz tysiące osób, z których zapamiętasz imiona tylko paru - zażartowała. Nagle z kieszeni jej jeansów wydobył się dźwięk przychodzącej wiadomości. Ambrell szybko wyciągnęła komórkę i spojrzała na jej ekran, cicho przeklinając.
- Cholera, musimy wracać. Starzy zorientowali się, że nas nie ma - opowiedziała znudzona i jednocześnie zirytowana.
Byłam ciekawa, czy mówi tak do nich naprawdę, twarzą w twarz, czy może tylko przy znajomych. Gdybym osobiście powiedziała tak do moich rodziców, zapewne miałabym niezłe kłopoty.
- Halo? - przeciągnęła dziewczyna pojawiając się przede mną i machając mi dłonią przed twarzą - Angelica! Już drugi raz się tak zamyśliłaś. Stało się coś? - spytała podejrzliwie.
- Oczywiście, że nie - zaprotestowałam z fałszywym uśmiechem - To po prostu... Z nerwów - wymyśliłam na poczekaniu. Blondynka chyba mi uwierzyła, bo o nic więcej nie pytała tylko zwyczajnie wróciła wraz ze mną do jej domu.
- Mike - Ambrell zwróciła się do mojego brata - Chcesz rozejrzeć się po domu? - spytała lekko przegryzając wargę i mogłabym przysiądź, że dziewczyna próbowała z nim flirtować. Była bardzo blisko, a jej palec kreślił nieokreślone kształty na koszuli Michael'a. Spróbowałam to zignorować i zwyczajnie ruszyłam w stronę babci. To było naprawdę dziwne nazywać tak kobietę, którą widziałam raptem parę razy. Jak byłam dzieckiem wmówiłam sobie, że skoro moja babcia z Anglii nie przyjeżdżała do mnie do Ameryki, to nie była moją prawdziwą babcią. Tak było łatwiej.
Po chwili, gdy mój brat wraz z Ambrell zniknęli ja zostałam sam na sam z moją ,,babcią''.
- Hej...Mmm...Babciu? - zwróciłam się do niej niezręcznie. Kobieta odwróciła się w moją stronę.
- Tak, skarbie? - spytała uśmiechając się, tak jakby właśnie wygrała miliard dolarów. Och, przepraszam to Anglia. Tak, jakby właśnie wygrała miliard funtów.
- Właściwie, chciałam ci pomóc - wyjąkałam zdziwiona tym jak bardzo przyjaźnie jest do mnie nastawiona, choć ja zbytnio się do niej nie zbliżałam, ani nie rozmawiałam z nią.
- Nie trzeba! Chyba nie myślisz, że jestem tak bardzo stara, aby nie dawać sobie rady w zmywaniu naczyń, prawda?
- Oczywiście, że nie, ale cztery ręce, są bardziej przydatne od dwóch, prawda? - tak samo uśmiechnęłam się do niej. Jednak tym razem prawdziwie.
- Racja - na chwilę się zamyśliła - Skoro tak, ja zajmę się tymi naczyniami - powiedziała wskazując na jedną stertę talerzy - A ty tymi
Razem czyściłyśmy różne miski, talerze i kubki, równocześnie rozmawiając jak wieloletnie przyjaciółki. Zdziwiło mnie to niesamowicie, jak optymistycznie nastawiona do świata była starsza kobieta.
Może Brytyjczycy faktycznie są tak kulturalni, jak mówili inni ludzie?
- Masz kogoś może na oku? - zapytała mnie nagle babcia, przez co ledwo nie zadławiłam się powietrzem.
- Ja? Nie, nie interesują mnie związki. Wole skupić się na nauce - wyjawiłam. Od dzieciństwa wpajano mi, że jestem przyszłością rodziny, że najważniejsza jest nauka, że jest ważniejsza od wszystkiego innego i tak właśnie rodzice postanowili, że zostanę adwokatem.
- Słusznie, a co z twoim bratem? Wyrwał już jakąś dziewczynę? - zażartowała.
- Tak jakby. Ma dziewczynę Marlene, ale nie wydaję mi się, że to się im uda
- Dlaczego?
- Mieszkają tysiące kilometrów od siebie. Jak to w ogóle mogłoby się udać?
- Listy i te... Mmm.... - na chwilę się zastanowiła - SYMS? MSM?
- Chodzi ci o SMS'y? - spytałam domyślając się co chciała mi przekazać.
- Tak, właśnie. SMS'y - odparła - A co z nimi? - spytała mnie, kończąc myć kolejny kubek.
- To nie takie łatwe - westchnęłam - Ani jedno, ani drugie nie wie, co może się dziać za ich plecami. Poza tym Anglia i Ameryka mają inne strefy czasowe - wytłumaczyłam staruszce.
- Gotowa na jutrzejszy dzień? - Pani Hemingway próbowała podtrzymać rozmowę, zmieniając temat.
- Jutro? Co jest jutro? -zdziwiłam się na chwilę zapominając, że jest już trzydziesty pierwszy.
- Twój pierwszy dzień szkoły w Londynie - wtedy uśmiech na mojej twarzy, zastąpiło zmartwienie, kobieta jakby wyczuwając,co czuję odezwała się:
- Nie martw się, ludzie w Anglii są bardzo mili. Na pewno znajdziesz sobie tutaj wielu przyjaciół - pocieszyła mnie.
- Mam nadzieję - mruknęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś? - odwróciła się w moją stronę.
- Nie - odpowiedziałam i wróciłam do zmywania. Zostały mi tylko dwa talerze i jedna miska.
- Angelica! - rozbrzmiał głos mojej matki - Wracamy! - krzyknęła tonem nie do sprzeciwu. Zdziwiłam się, bo przecież tak dobrze szło, wszyscy spokojnie rozmawiali, nie było żadnych kłótni. Gdy nagle matka oznajmiła, że wracamy, choć mieliśmy zostać tam jeszcze koło dwóch godzin. Nie chcąc denerwować matki o nic nie pytałam.
Tak jak wcześniej wspomniałam nasz dom znajduję się pięć minut stamtąd, więc około pięć minut później mogłam już spokojnie pójść do pokoju, bez obawy, że wtargnie tu ktoś z pytaniami co do mojej osoby. Wiedziałam, że muszę przygotować się do szkoły, ale ta wizja mnie tutaj dalej do mnie docierała. Zapewne na początku nie będę w stanie z nikim porozmawiać. Często tak mam, że ze stresu nie mogę nic powiedzieć. To tak jakby ktoś na chwilę zszył mi gardło i usta, nie pozwalając się odezwać. Ludzie w Nowym Yorku myśleli albo, że jestem dziwna, albo niesamowicie nieśmiała. Postanowiłam, że przeczytam jakąś książkę. Książki to taka ucieczka od świata, nie ucieknę na zawsze, nie da się, ale chyba chwila w innym świecie by mi nie zaszkodziła, prawda? Tak, więc wzięłam pierwszą lepszą nie zaczętą książkę, po czym pogrążyłam się w lekturze. Czytałam koło dwóch godzin, gdy zwyczajnie usnęłam z książką położoną na głowie, co swoją drogą musiało wyglądać komicznie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Ambrelly, Ambby - skróty i zdrobnienia od imienia Ambrell oraz Rebel to przezwisko Ambrell wśród jej znajomych :)
Witam wszystkich!
Od razu przepraszam. Jak na razie może wydawać się nudno, ale chcę na razie przedstawić wam rodzinę głównej bohaterki, samą ją i sytuację w jakiej się znajduję. Mam nadzieję, że następny rozdział wyjdzie taki jaki chcę by wyszedł abyście się nie nudzili ;) Tak poza tym, kto się cieszy, że w następnym rozdziale będzie przedstawiony pierwszy dzień Angelicy w pewnej Londyńskiej szkole?
- A